Sabaton, czyli nauczyciele i strażnicy historii

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on whatsapp
Warszawa, 1944 r. (IAM / EAST NEWS)
Przeczytanie tego artykułu zajmie około 5 minut Chcąc nie chcąc, Sabaton uczy historii – od nowa, w zdecydowanie inny sposób, niż dzieje się to w każdej szkole na świecie. Muzycy odkrywają fakty mało znane dla zwykłego śmiertelnika, a nad dbałością o szczegóły pracuje sztab ludzi. Wokalista Joakim Brodén twierdzi, że obecny sposób nauczania historii zabija tę gałąź nauki. „Należy poszerzyć perspektywę. To, co najciekawsze, jest zawsze na dnie” – podkreśla

Dzięki takim utworom jak 40:1 czy Uprising szwedzki Sabaton stał się w Polsce zespołem kultowym. Najnowszy album pozbawiony jest jednak polskich wątków. Opowiadający o I wojnie światowej Great War nie jest jednak lekcją historii o mocno oklepanych już tematach, jak chociażby bitwa pod Verdun

ADAM DRYGALSKI: War to wielki album z wielką dawką historii. Dlaczego wybraliście akurat I wojnę światową jako temat przewodni?

JOAKIM BRODÉN: Mieliśmy już takie plany wiele lat wcześniej. Gdy 11 lat temu nagraliśmy The Art of War, poruszyliśmy kilka wątków z czasów I wojny światowej. Można powiedzieć, że już od tamtego czasu mieliśmy ten temat gdzieś z tyłu głowy. Teraz nadarzył się dobry moment, bo 100 lat temu wojna się zakończyła.

PÄR SUNDSTRÖM: Zawsze interesował nas ten temat – mroczna, wyniszczająca wojna. Ciekawą sprawą było zbudowanie wokół niej narracji na płycie. Kilka razy zastanawialiśmy się z Joakimem, co powinno się znaleźć na płycie i wyszło nam, że jedynym tematem, który ma sensowne zaczepienie w historii, jest właśnie I wojna światowa. Resztę zachowamy na później.

Sprawdziłem na przykład, kim był Czerwony Baron i jestem ciekawy, dlaczego został bohaterem jednej z waszych piosenek.

P.S.: Kiedy zdecydowaliśmy się, że I wojna światowa będzie tematem przewodnim, było kilka spraw, które wydawały się nam oczywiste. Musieliśmy poświęcić miejsce Czerwonemu Baronowi, musieliśmy powiedzieć o bitwie pod Verdun.

Manfred von Richthofen jest najbardziej znanym pilotem tej wojny. 80 zwycięstw w powietrzu…

P.S.: Chciał być gwiazdą, takim rockmanem jego czasów. To nas też interesowało.

Joakim Brodén w Warszawie, czerwiec 2019r. (ADAM DRYGALSKI / ŁUKASZ CIELEMĘCKI)

J.B.: Podobnie sprawa się ma z utworem Seven Pillars of Wisdom poświęconym Thomasowi Edwardowi Lawrence’owi. Czasem staramy się opowiedzieć historię z różnych aspektów. Otwierający płytę utwór The Future of Warfare opowiada o czołgach i o tym, jak nowe technologie zmieniają bitewny krajobraz. Ma to też odzwierciedlenie w brzmieniu tej piosenki. Opowiedzieliśmy o bitwie pod Verdun, która jest ogromnym i ważnym tematem, ale też mamy wspomnianego Lawrence’a z Arabii, fantastycznego gościa, ale gwoli ścisłości – z punktu widzenia przebiegu całej wojny – zupełnie nieistotnego. To mi się w tej płycie podoba. Masz ogólny obraz, ale i historie poszczególnych ludzi.

I wojna światowa miała być ostatnią w dziejach ludzkości. Może wiecie, co poszło nie tak?

P.S.: Żadna wojna nie będzie ostatnią, dopóki nie zabije nas wszystkich. Tak długo jak trwa ludzkość, tak długo chcemy ze sobą walczyć. Teraz wiemy więcej i wiemy, że niedługo później przyszło jeszcze większe zniszczenie. Na szczęście potem na świecie zrobiło się trochę spokojniej.

Możecie wierzyć lub nie, ale oprócz tego, że jesteście historykami amatorami, to jesteście także strażnikami historii, nauczycielami historii i osobami, które wskazują, co jest warte poznania.

J.B.: To miły efekt uboczny, bo nigdy na to nie liczyliśmy. Chcieliśmy śpiewać o czymś, co naszym zdaniem ma sens. Pierwszy album był konglomeratem różnych pomysłów. Później zwróciliśmy się ku historii i stwierdziliśmy, że to nas inspiruje. Natomiast wszystkiego nie da się opowiedzieć na płycie. Ta trwa 40 minut i dotyczy czterech lat wojny – po 10 minut na każdy rok.

Sama bitwa pod Verdun to mniej więcej rok.

J.B.: Tak, 303 dni. Więc jak można ją streścić w trzy i pół minuty?

Powiedz!

J.B.: To niemożliwe. Nasze utwory są bardziej jak trailery wydarzeń z przeszłości. Możemy tylko wzniecić zainteresowanie na zasadzie: „O! Dowiedziałbym się więcej!”. I wtedy możesz trafić na nasz kanał historyczny albo odwiedzić Wikipedię, ewentualnie – iść do biblioteki. Nigdy naszym celem nie było, nazwijmy to, kultywowanie ducha historii, ale to naprawdę fajny efekt uboczny i bardzo się z tego cieszę. Jeśli ktoś słucha naszej muzyki, pije piwo i nagle zaczyna interesować się historią, to naprawdę świetna sprawa.

Czujecie się czasami nie jak gwiazdy rocka, ale jak nauczyciele historii?

P.S.: Wiem, że nasze utwory były wykorzystywane do nauczania historii, ale traktuję je nie jak lekcje, ale jak inspiracje. Znaleźliśmy na to sposób, bo uruchomiliśmy nasz kanał historyczny na YouTubie. I to jest jakaś opcja, żeby czegoś się od nas dowiedzieć. Piosenka może zainspirować, nasz kanał może nauczyć. 

Pär Sundström w Warszawie, czerwiec 2019r. (ADAM DRYGALSKI / ŁUKASZ CIELEMĘCKI)

Chcemy skatalogować tam wszystkie utwory Sabatonu i zajmie to zapewne kilka lat, zanim będziemy ze wszystkim gotowi. Na razie mamy za sobą dwie kwestie. Odpalenie kanału, co w zasadzie już się stało, i druga sprawa – zgromadzenie ponad 100 tys. widzów. Stwierdziliśmy, że jeśli dobijemy do tej liczby, będzie to oznaczać, że pomysł był dobry.

Kto na to wszystko wpadł?

P.S.: Myśleliśmy o tym już jakieś 15 lat temu. Uznaliśmy, że fajnie byłoby to wszystko obudować filmami. Wydaje się to proste, bo na ekranie widzisz mnie lub Joakima, albo Indy’ego [Indy Neidell, amerykański historyk współpracujący z zespołem – red.], ale z drugiej strony pracuje nad tym wiele osób. Na przykład kilku historyków, którzy starannie spisują każdy odcinek, z podziałem na epoki.

Ciężka praca. Ile śpisz godzin dziennie? Dwie, trzy?

P.S.: To na szczęście nie moja działka. Jestem producentem tego kanału. Planuję, kiedy dany odcinek ma się ukazać, współpracuję z naszymi partnerami. Decyduję, co filmujemy w danym momencie. Przy każdej produkcji zaangażowanych jest mniej więcej 10 osób. I tak tydzień w tydzień. To jest duże przedsięwzięcie, ale cieszymy się, że wielu osobom przypadło ono do gustu.

Byliście kiedykolwiek w Verdun?

J.B.: Tak, spotkaliśmy się tam z francuskimi mediami. Ale byliśmy tam wcześniej, prywatnie, bo chcieliśmy poczuć to miejsce, a nie tylko zapozować do zdjęć i wyp***. Łącznie spędziliśmy tam pięć dni. Nie byłem nigdy w takim miejscu, gdzie bliskość wojny i zniszczeń jest tak nagromadzona.

Byliśmy na wielu polach bitewnych, ale tu kontrast jest niesamowity. Francuska prowincja, świecące słońce i bum! Twierdza. Wsie, które zniknęły z powierzchni ziemi. Chodząc po Verdun, widzisz tylko kapliczki i informacje, co mieściło się w miejscu leju po bombie. Nie ma tam nic, oprócz tych znaków mówiących, co kiedyś znajdowało się na tej ziemi. Warto zobaczyć Verdun, polecam, ale nie planujcie tego dnia imprezy.

Mówimy o historii, czyli o nauce wyciągania wniosków z błędów popełnionych w przeszłości. W jaki sposób zainteresowałbyś młodych ludzi historią, gdybyś pracował w edukacji?

J.B.: Rozmawiając z ludźmi, zdałem sobie sprawę, że właściwie każdy system nauczania, który poznałem, zabija tę gałąź nauki. Wszyscy uwielbiamy anegdoty. W książkach do historii autorzy starają się ścieśnić jak najwięcej faktów. Starają się zawrzeć jak najwięcej ogólnej wiedzy, co samo w sobie jest nudne. I ja się z tym zgadzam. To robienie nauk politycznych z historii. Powinieneś uczyć dokładnie odwrotnie – skupiać się na szczegółach i potem pokazywać szerszą perspektywę.

Pogadajmy o Witoldzie Pileckim! Albo o Czerwonym Baronie. I wtedy ktoś spyta: „Co takiego?”, lub powie: „OK, to niesamowite! Chcę wiedzieć więcej”. I wtedy rozszerzmy perspektywę. To, co najciekawsze, jest zawsze na dnie.

Moja córka ma jutro lekcje od ósmej. Wpadniecie?

J.B.: Nie ma sprawy!

]]>
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

IN THE ARTICLES