Nauka
Polityka nie kończy się w głowie. Dosłownie wchodzi pod skórę
16 czerwca 2026

Imigranci mają być lekiem niemal na wszystko: dolegliwości związane z demografią, czy rynkiem pracy. Przy okazji, a może przede wszystkim, dla niektórych ma to być również środek o przedłużonym działaniu, odpowiednio regulujący ciśnienie i poziom elektoratu. Jednak jak każde lekarstwo ma też poważne skutki uboczne, a ze źle dobranymi dawkami staje się zabójcze.
Masowa migracja cudzoziemców z odległych kultur nigdy na dłuższy dystans nie jednoczy społeczeństw. I to mimo uroczych haseł o potrzebie zrozumienia, o walce z wykluczeniami czy o odruchach solidarnościowych. Kolejne ośrodki dla nielegalnych imigrantów, montowane przez władze centralne na prowincjach krajów zachodniej Europy, często budzą bunt mieszkańców.
W kwietniu do podobnej sytuacji doszło w Holandii. Zgodnie z tzw. ustawą rozproszeniową (Spreidingswet), w ledwie 8-tysięcznym miasteczku Loosdrecht rząd postanowił zorganizować imigrancki ośrodek dla ponad stu przybyszów głównie z Afryki i Bliskiego Wschodu. Lokalna społeczność odpowiedziała na to ulicznymi protestami. Władze też nie kazały czekać na ripostę. Na demonstrantów wysłano policjantów uzbrojonych w pałki. Jeden z manifestujących został pobity do nieprzytomności.
Holenderska działaczka Eva Vlaardingerbroek zauważyła przy tym znamienną rzecz.
Wszyscy wiedzą, że jeśli w Holandii należysz do Extinction Rebellion [międzynarodowy ruch ekologiczny stosujący obywatelskie nieposłuszeństwo] albo blokujesz autostradę, policja przyjeżdża i rozdaje darmową kawę. Ale jeśli protestujesz przeciwko umieszczaniu imigrantów na twoim podwórku bez twojej zgody – biją cię pałkami.
– napisała w mediach społecznościowych.
Gwałtowne działania w takich sytuacjach nie wyróżniają szczególnie rządu Holandii wśród państw Zachodniej Europy. Z jakich zatem powodów władze centralne otaczają tak twardą ochroną egzotycznych azylantów? Pomijając wspomniane humanitarne hasła, rządy przyznają, że mają w tym interes. Na stronie Instytutu Badań Ekonomicznych i Ekonometrycznych (EERI) w Brukseli można przeczytać zapewnienie:
Chociaż integracja uchodźców (np. poprzez zapewnienie szkoleń językowych i zawodowych) jest kosztowna dla budżetu publicznego, w perspektywie średnio- i długoterminowej korzyści społeczne, ekonomiczne i fiskalne mogą znacznie przewyższyć krótkoterminowe koszty integracji uchodźców.
Autorzy opracowania, d’Artis Kancs i Patrizio Lecca, pt. „Długoterminowe skutki społeczne, gospodarcze i fiskalne imigracji do UE: Rola polityki integracyjnej”, piszą też:
W zależności od scenariusza polityki integracyjnej i metody jej finansowania roczny długoterminowy wpływ na PKB wyniósłby od 0,2 proc. do 1,4 proc. ponad wzrost bazowy, a pełna spłata inwestycji w politykę integracyjną (dodatnia wartość bieżąca netto) nastąpiłaby po 9–19 latach.
Ekonomiści, patrząc na kolejne fale imigrantów, widzą w nich między innymi korzyści na rynku pracy. Migranci mają bowiem uzupełniać niedobory pracowników, a ich legalizacja ma zmniejszać zatrudnienie w szarej strefie. To z kolei ma prowadzić do zwiększenia liczby obywateli płacących podatki.
Podobnie imigracja może być lekiem na kłopoty z demografią. Starzejące się społeczeństwa zachodnie potrzebują w końcu ludzi w wieku produkcyjnym i rozwojowym.

Czy są to jedyne lub podstawowe korzyści, w których obronie warto wypuszczać na ulice uzbrojonych policjantów, by rozprawiali się z przeciwnikami nadmiernej gościnności państwa?
Prawa strona europejskiej sceny politycznej ma swoją teorię na temat prawdziwych intencji entuzjastów ściągania egzotycznej imigracji. Francuski pisarz Renaud Camus, w swojej książce z 2011 r., pt. Le Grand Remplacement („Wielka Wymiana”), sprecyzował ten pogląd i zamknął w tytułowym określeniu. Chodzi o wymianę jednego społeczeństwa na drugie, starego – tradycyjnego na nowe – postępowe. Jak ten proces przebiega? Renaud Camus wziął za przykład rodzimą Francję:
Wielka Wymiana, zmiana ludzi, która jest możliwa tylko dzięki Wielkiej Dekulturacji, jest najpoważniejszym zjawiskiem w historii Francji od wieków, a prawdopodobnie i w historii.
– napisał
Pojęcie „Wielkiej Wymiany” jest zwykle wypierane z powszechnej świadomości. W encyklopedii Britannica, tak jak w ocenie postępowych naukowców, jest ono jedynie „teorią spiskową”, właściwą „skrajnej prawicy” i wszelkiego rodzaju neonazistom. Jednak założenia tej tezy niespodziewanie ożyły niedawno za sprawą Irene Montero, hiszpańskiej eurodeputowanej i byłej minister ds. równości (2020–2023) z lewicowej partii Podemos.
Szczególnym echem odbiło się jej wystąpienie podczas wiecu w Saragossie, gdzie mówiła o konieczności zalegalizowania imigrantów, a następnie nadania im obywatelstwa, aby mogli głosować. Nie kryła przy tym swoich intencji.
– Oby teoria podmiany populacji się ziściła! Obyśmy mogli pozbyć się faszystów i rasistów z tego kraju dzięki imigrantom
— przekonywała Montero.
Europosłanka Podemos stwierdziła też, że nie jest to „dar” dla imigrantów, ale raczej „niespłacony dług”. Wreszcie zaapelowała do „migrantów i osób o innym kolorze skóry”, aby „nie zostawiali nas samych z tak wieloma faszystami”. Słowa Montero były potem interpretowane jedynie jako ironia wobec hasła o „Wielkiej Wymianie”, ale wystąpienie hiszpańskiej polityk nie jest odosobnione i podobnego nie trzeba daleko szukać.
Polski publicysta i lewicowy działacz Sławomir Sierakowski nigdy nie krył swoich marzeń związanych z imigrantami, szczególnie obcymi kulturowo.
Nie mogę się tego doczekać. Czekam już na te lata, aż przypłynie tu grupa wyborców… Nawet po prostu innych. I też krajobraz, kultura, innowacyjność, wszystkie możliwe oblicza tego kraju zmienią się na pozytywne
– mówił przed rokiem Sierakowski.
Więc ja mogę otwarcie całkowicie powiedzieć, że jak najwięcej migracji w Polsce. To jest najbezpieczniejszy projekt gospodarczo-społeczny, w każdym innym sensie. Trzeba to może jakoś głośno powiedzieć, bo się już chyba wszyscy daliśmy zastraszyć tym, że migracja to naprawdę jest jakiś problem egzystencjalny dla ludzi
— podkreślił i zaznaczył, że przynajmniej na początku imigranci z prawami obywatelskimi najpewniej będą sprzyjali „siłom progresywnym”.
W światowych badaniach ws. preferencji politycznych imigrantów zwykle podkreśla się ich zmienność w zależności od miejsca migracji i kraju pochodzenia nowych obywateli. Można przy tym określić pewną ogólną prawidłowość.
Pod tym kątem naukowcy Simone Moriconi, Giovanni Peri i Riccardo Turati w artykule pt.: „Are Immigrants More Left Wing than Natives? (Czy migranci są bardziej lewicowi niż tubylcy?) opisali zachowania wyborcze w 22 krajach europejskich w latach 2001–2017.
„Stwierdzamy istotne lewicowe preferencje imigrantów drugiej generacji. […] Sympatyzowanie z lewicą jest związane z silniejszym preferowaniem interwencji rządowych zmniejszających nierówności, internacjonalizmu i wielokulturowości. Znajdujemy jedynie słabe dowody na to, że imigranci drugiej generacji odnoszą się z sympatią wobec populistycznych programów politycznych, i nie ma dowodów na to, że mają silniejsze preferencje dla polityki proimigracyjnej” – czytamy w analizie.
Wśród haseł części ekonomistów i lewicowych ideologów idea masowych imigracji żyje własnym życiem, a co nie pasuje do tego obrazu, jest zgodnie pomijane. Tak jest z topniejącym w oczach bezpieczeństwem i rosnącą przestępczością związaną z imigrantami. W połowie kwietnia podczas kongresu nowej lewicowej międzynarodówki Global Progressive Mobilisation poruszano też temat imigracji.
W Barcelonie zebrało się kilka tysięcy sympatyków lewicy, wśród których obok gospodarza premiera Hiszpanii, Predro Sancheza, znaleźli się wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Teresa Ribery, a także prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva, prezydent RPA Cyril Ramaphosa i prezydent Meksyku Claudia Sheinbaum. Jedno z najczęściej powtarzanych zdań po tym zjeździe zostało wypowiedziane przez premiera Sancheza: „Hiszpania jest córką migracji i nie będzie matką ksenofobii”. Nic dziwnego, że za jego rządów nastąpi w kraju legalizacja kilkuset tysięcy imigrantów.
Temat migracji był też chętnie poruszany w kontekście ochrony praw migrantów, walki ze wspomnianą ksenofobią i w ogóle przeciwstawienia się narracjom skrajnej prawicy. W dokumentach organizatorów migracja była łączona z prawami człowieka, demokracją, globalną nierównością i zmianami klimatycznymi. Niebezpieczeństwa wynikające z masowych migracji zostały zmarginalizowane. Co ciekawe dane ze statystyk kryminalnych w Hiszpanii są mocno alarmujące, a nadreprezentacja imigrantów wśród sprawców staje się normą.
Według raportu Obserwatorium Demograficznego CEU-CEFAS zatytułowanego „Demografia przestępczości w Hiszpanii”: „Cudzoziemcy, którzy stanowią 31 proc. populacji więziennej w Hiszpanii, popełniają o 500 proc. więcej gwałtów i o 414 proc. więcej morderstw na osobę niż obywatele Hiszpanii. Najwyższe wskaźniki odnotowuje się wśród Arabów i Latynosów, z których wielu pochodzi z krajów Ameryki Południowej”. Zgodnie z tymi samymi statystykami „w ciągu zaledwie pięciu lat liczba przypadków gwałtu z penetracją wzrosła o 143 procent – z 2143 w 2019 r. do 5206 w 2024 r.”.
Mimo to na barcelońskim kongresie GPM niebezpieczeństwo zauważano jedynie w kontekście zagrożenia dla własnej ideologii i ugrupowań partyjnych. Stąd narracja jak z oblężonej twierdzy. Stefan Löfven, przewodniczący Europejskiej Partii Socjalistycznej (PES) rzucał hasłami wzywającymi do oporu: „Demokracja jest pod coraz większą presją, a postępowcy stają do walki na całym świecie”. W bojowym duch powróciło też hasło komunistów z lat 30. XX w. – „No passaran” (Nie przejdą).
Czy zatem masowy napływ nowej siły wyborczej, jak tego chce wspomniana wcześniej Irene Montero, będzie lekiem na wszelkie choroby i zapewni trwałą władzę postępowej demokracji? Czy nie warto przejmować się skutkami ubocznymi, które ostatecznie mogą tę demokrację zabić? Tymi skutkami są właśnie beztrosko pomijane względy społeczne, a wśród nich zmiany kulturowe i powiązane z nimi względy bezpieczeństwa.
Rok przed kongresem GPM hiszpańskie media rozpisywały się o incydencie z udziałem znanego orędownika postępowych haseł, w tym działacza środowisk LGBT. 32-letni socjalistyczny lokalny polityk z okręgu Murcji został poturbowany i wyzwany od „pedałów”, gdy chciał zjeść kebaba w jednym z barów prowadzonych przez restauratorów o imigranckich korzeniach. „Ucierpiałem z powodu homofobicznej agresji ze strony właściciela i kelnerów” – powiedział później zaskoczony radny, cytowany przez El País.
Tym razem skończyło się na siniakach. Wielu obserwatorów przyznało jednak, że ów incydent pokazał w pełni ślepą uliczkę, w jaką brną postępowe siły w Europie.
Przeczytaj również: Autor „Eurokalifatu”: Europa obudziła się za późno




***
Ostatni moment na bilety w cenie 49 zł.
Od 1 lipca cena rośnie!
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: