Chcą zbudować własne państwo. Bez podatków i urzędników

Wizualizacja futurystycznego pływającego miasta na oceanie, nawiązująca do projektu Freedom Ship i marzenia o państwie bez podatków.

Marzą o miejscu, w którym nikt nie mówi im, jak żyć, ile płacić i komu się podporządkować. Dlatego jedni chcą budować pływające miasta, inni patrzą na Marsa, a jeszcze inni przeprowadzają się do New Hampshire. Brzmi jak fantazja? Być może. Ale ta fantazja od lat ma bardzo realnych wyznawców.

Projekt Freedom Ship kusi rozmachem

Ten morski gigant ma mieć 1,5 km długości i ma pomieścić nawet 80 tys. ludzi (nieco więcej niż liczy sobie Piotrków Trybunalski). Tymczasem największy statek pasażerski świata, Icon of the Seas, może tymczasem zabrać na swój pokład 10 razy mniej ludzi. 

Freedom Ship to projekt pływającego miasta, o którym na początku czerwca było głośno na całym świecie. Freedom Cruise Line International, organizacja, która przekonuje, że jest w stanie uzbierać 16 mld dolarów na budowę tego monstrum, opublikowała serię bardzo sugestywnych wizualizacji, które podbiły internet.

Ludzie stojący za tym projektem twierdzą, że to wielkie pływające miasto opływałoby non-stop glob, bez zawijania do portów (na świecie nie ma infrastruktury portowej, która byłaby go w stanie przyjąć), a na jego pokładzie nie zabrakłoby nie tylko osiedli, biurowców, lokali rozrywkowych (w tym stadionu), ale także szkół podstawowych, średnich, a nawet uniwersytetu.

Państwo bez podatków ma haczyk

Freedom Ship to kolejna odsłona marzenia, które nie daje spokoju rzeszy zapaleńców na całym świecie – jak wyrwać się spod jurysdykcji państw i urządzić swój własny, wymarzony świat? Świat, w którym wszystkie stosunki międzyludzkie będzie można urządzić na nowo, gdzie ludzka innowacyjność i energia nie będą ograniczane przez stare, skostniałe reguły polityczno-prawne? 

Na razie przedstawiono tylko zarys projektu Freedom Ship i wciąż nie wiadomo, jaka flaga powiewałaby nad tą jednostką. Jeżeli byłaby to flaga jednego z państw, to wiązałoby się to automatycznie z pewnego rodzaju prawnym „przywiązaniem” tego statku i wszystkich znajdujących się na jego pokładzie ludzi do kraju, w którym byłby zarejestrowany.

Wizualizacja ogromnego statku przyszłości na oceanie, przedstawiająca projekt Freedom Ship jako pływające miasto i symbol marzenia o państwie bez podatków.
Fot. Materiały prasowe freedomship.com

Libertarianie szukają kraju na oceanie 

Jednak entuzjaści tworzenia „państw” na otwartym morzu grupują się obecnie przede wszystkim wokół The Seasteading Institute (TSI). Ta powstała w 2008 r. inicjatywa zyskała rozgłos przede wszystkim dzięki włączeniu się w jej działalność słynnego miliardera z sektora tech Petera Thiela (założył on wraz z Elonem Muskiem serwis transakcyjny PayPal), który wsparł TSI kwotą niemal 2 mln dolarów.

Misją TSI jest stworzenie sztucznych pływających wysp-miasteczek, które na pełnym morzu, poza jurysdykcją jakiegokolwiek państwa, miałyby stać się rajem dla wszelkich miłośników pełnej wolności (przynajmniej tak to jest reklamowane przez TSI). 

Ocean szybko wystawia rachunek

Libertariańska wizja życia w morskich „miasteczkach” bez ingerencji konwencjonalnych rządów, z minimalistyczną strukturą organizacyjną, napotyka jednak od początku na właściwie same problemy. Po pierwsze, ogromne trudności sprawia zaprojektowanie i budowa platform morskich, które pozwalałyby na bezpieczne zamieszkanie.

Pełne morze to też nierzadko groźne sztormy, które sprawiają nie lada problemy nawet specjalistycznym statkom. A co dopiero mówić o płaskich, niezbyt opływowych platformach-miasteczkach? Inna sprawa to kwestie przewożenia do takich miejsc koniecznych zasobów i towarów (a także transport ludzi). Życie na pełnym morzu jest po prostu bardzo drogie. 

Państwo i tak zapuka do drzwi 

I wreszcie kwestie czysto polityczne: jak sprawić, że takie platformy będą rzeczywiście niezależne od państw, które w naturalny sposób chcą kontrolować swoje sąsiedztwo? Wszystkie te problemy są najwyraźniej na tyle duże, a propozycje ich rozwiązania na tyle mało przekonujące, że TSI nie udało się zgromadzić wokół siebie wystarczająco dużej (i zasobnej) grupy zapaleńców. Nie przeszkadza to jednak jej szefowi Joe Quirkowi, przekonywać opinii publicznej, że TSI to najlepszy wybór dla ludzi mających już dosyć wysokich podatków i wszechobecnego państwa.

Jeśli chciałbyś mieszkać w kraju, który odpowiada Twoim wartościom i stylowi życia, dlaczego nie stworzysz własnego?

– przekonywał Quirk w swoim tekście opublikowanym na portalu CNN.

– Niemal połowa powierzchni Ziemi stanowi błękitna otchłań, nad którą żadne państwo nie sprawuje suwerenności. Wkrótce budowa startupowych miast unoszących się na wodzie i trwale zlokalizowanych na wodach międzynarodowych stanie się ekonomicznie opłacalna, ponieważ materiały budowlane stają się coraz tańsze, bardziej ekologiczne i możliwe do wytwarzania w technologii druku 3D. 

Mimo tych zapewnień, powtarzanych od kilku lat, próżno wypatrywać na morzach i oceanach platform-wysp, na których kwitłyby nowe społeczeństwa, „uwolnione” od rządów. Problemy techniczno-finansowo-polityczne sprawiają, że – przynajmniej w najbliższej przyszłości – żaden taki projekt nie będzie się unosił na wodach międzynarodowych. 

Miasto na Marsie ma być nowym początkiem

Skoro nie na oceanach, to może na… Marsie? W końcu Elon Musk od wielu lat pokazuje się w T-shircie z napisem „Occupy Mars” („Zasiedlić Marsa”). Najbogatszy człowiek na planecie, którego oczkiem w głowie jest eksploracja kosmosu, przekonuje, że na Marsie jeszcze za jego życia powstanie miasto. 

Musk jest tak silnie przywiązany do idei stworzenia cywilizacji na Marsie – kiedyś powiedział nawet, że planuje tam umrzeć – że wizja ta napędza niemal każde przedsięwzięcie biznesowe, którego podjął się na Ziemi

– pisał w 2024 r. The New York Times na temat planów Muska.

– Jego marsjańska wizja stanowi fundament większości z sześciu firm, którymi kieruje lub które posiada. Zgodnie z dokumentami oraz relacjami osób znających kulisy tych działań, każda z tych firm mogłaby potencjalnie wnieść wkład w budowę pozaziemskiej kolonii.

Musk owładnięty jest też chęcią radykalnej przebudowy systemu państwowego, co pokazał w 2025 r., stając na czele specjalnego departamentu (powołanego przez Donalda Trumpa), którego celem było znaczące „odchudzenie” federalnego aparatu władzy. W idealnym świecie Muska państwo wyglądałoby zupełnie inaczej, przede wszystkim byłoby o wiele mniejsze. Olbrzymie rakiety i statki kosmiczne, które produkuje firma Muska SpaceX, mają być narzędziem do osiągnięcia celu – budowy Muskowej utopii na Marsie. 

Wizualizacja futurystycznej kolonii na Marsie z kopułami mieszkalnymi, panelami słonecznymi i astronautami, nawiązująca do marzenia o mieście na Marsie.
Fot. Gemini AI/Wybranowski

Mars Society widzi to inaczej

Jednak nie tylko on interesuje się Czerwoną Planetą pod kątem kolonizacji i tworzenia nowych ram cywilizacyjnych. Od blisko trzech dekad prężnie działa w USA Mars Society, organizacja promująca wizję budowy kolonii na tej planecie. Gdy rozmawiałem z jej przewodniczącym, dr. Robertem Zubrinem, usłyszałem od niego pewną dozę krytyki pod adresem pomysłu Muska (choć generalnie popiera kosmiczny zapał miliardera).

Nie uważam, że na Marsie powstanie jedno wielkie miasto. Elon Musk mówi wprawdzie, że w przyszłości na Marsie zbudowane zostanie milionowa metropolia, do której docierać będą tysiące statków kosmicznych, ale według mnie nie tak będzie wyglądała przyszłość

– mówił w rozmowie ze mną dr Zubrin.

– To nie będzie jedno miasto, tylko to będą różne, mniejsze ośrodki kolonizacyjne. Które miasta będą najbardziej sprzyjały imigracji? Te, które będą najbardziej atrakcyjne w oczach imigrantów. Myślę, że wolne miasta, tworzone przez ludzi wywodzących się z wolnych społeczeństw będą się lepiej rozwijały od miast tworzonych przez kolonizatorów budujących miasta opierające się o alternatywny model, np. autorytarny.

Nie jedno miasto, lecz wiele światów 

Dr Zubrin przekonuje, że nabierający tempa rozwój techniczny sprawi (m.in. za sprawą rakiet „wielokrotnego użytku”, które buduje SpaceX), iż podróże na Czerwoną Planetę staną się ciągu kilku najbliższych dekad relatywnie tanie. 

Znajdą się ludzie, którzy będą chcieli dotrzeć na Marsa, by zbudować nowe społeczeństwo, funkcjonujące według nowych zasad. Niektórzy uważają przecież warunki społeczne na Ziemi za nieakceptowalne

– mówił mi dr Zubrin. I dodawał, że na Ziemi nie ma tak naprawdę przestrzeni, gdzie ludzie mogliby się swobodnie zorganizować na nowo.

– Antarktyda jest ściśle nadzorowana przez ONZ, więc to nie jest tak, że da się tam stworzyć taką zupełnie wolną społeczność. Mówimy tu przecież o budowie nowego układu społecznego od zera. Nie bez przyczyny istnieje »Mars Society«, a nie ma czegoś takiego jak »Antarctica Society«

– podkreślał dr Zubrin, pomijając zupełnie wizje tworzenia minipaństw na morzach i oceanach, co oznacza, że uważa to za zupełnie nierealistyczne. 

Alt opis:Panorama Manchesteru w stanie New Hampshire nad rzeką, miasta związanego z debatą o libertarianach i marzeniu o państwie bez podatków.
Fot. SeanPavone/Envato

New Hampshire to najrealniejszy eksperyment

A co jeżeli najbardziej realistycznym planem stworzenia libertariańskiego raju na Ziemi jest wykrojenie sobie kawałka… ziemi? Żadnych platform na oceanach, baz marsjańskich, tylko właśnie wykrojony kawałek terenu, który znajduje się pod kontrolą państwa?

Taki plan starają się realizować członkowie ruchu Free State Project (FSP) – libertariańskiej organizacji, która chce przejąć (pod kątem politycznym) niewielki amerykański stan New Hamsphire (NH) i urządzić go – właśnie na poziomie stanowym – zupełnie po swojemu. 

Tu wolność ma kod pocztowy

Założyłem Free State Project latem 2001 r., bo miałem już dość tego, jak wygląda amerykańska polityka

– powiedział w rozmowie ze mną Jason Sorens, założyciel FSP.

– Nierealistyczne były oczekiwania, że libertarianie i klasyczni liberałowie mogą kiedykolwiek zyskać większość w Kongresie. Dlatego najlepszą alternatywą było znalezienie stanu, który jest przyjazny wolności, a następnie zrekrutowanie libertarian, by przeprowadzili się tam i wprowadzali swoje ideały na stanowym poziomie. Ostatecznie wybraliśmy New Hampshire po tym, jak ówczesny gubernator zaprosił nas tam.

Jednym z największych plusów NH z punktu widzenia libertarian jest to, że od wielu lat uważany jest on za stan najbardziej sprzyjający postulatom libertarian. Na poziomie stanowym władze są tu wyjątkowo powściągliwe w kontrolowaniu życia mieszkańców, a ponadto szanują publiczny grosz. Przyjrzyjmy się przykładowo wynagrodzeniu członków stanowego parlamentu. Jego wysokość nie zmieniła się od ponad 130 lat i wynosi zaledwie 100 dolarów… rocznie!

Innym niewątpliwym plusem NH w oczach członków FSP jest jego niewielka populacja – niecałe 1,4 mln mieszkańców. A to oznacza, że jeżeli do New Hampshire przeprowadzi się z całych USA wystarczająco wielu rzutkich libertarian, to będą oni w stanie odgrywać poważną rolę w stanowej polityce. Szacuje się, że w ciągu ostatnich 20 lat w ramach FSP przeprowadziło się już do NH 7-9 tys. libertarian. Jak przyznają jednak sami członkowie FSP, ta liczba to wciąż za mało, by realnie wpływać na bieg wydarzeń w New Hampsire.

Mały stan daje większą szansę

Największym sukcesem ruchu libertarian z tego stanu jest kariera Jasona Osborne’a, który 16 lat temu przeprowadził się do New Hampshire z Ohio w ramach FSP. Od 2020 r. ten polityk piastuje funkcję lidera republikańskiej większości (FSP współpracuje blisko z republikanami) w niższej izbie stanowej legislatury, ale libertarian jest w NH wciąż zbyt mało, by móc realizować w praktyce ich główne postulaty wolnościowe.

Cały czas jednak do tego stanu podążają nowi sympatycy FSP. Pytanie, co będzie pierwsze: czy w NH osiedli się wystarczająco wielu libertarian, by „przejąć” ten stan, czy Elon Musk na tyle obniży cenę lotów na Marsa, że libertarianie skupią się własnych koloniach na Czerwonej Planecie? A może jednak z tego wszystkiego najbardziej realne okaże się na końcu zbudowanie platform-wysp na wzburzonym oceanie?

Przeczytaj również: Państwa widma. Mogą wciągnąć świat w wojnę


Na scenie zobaczysz:

Spotkasz w strefie książek:

***

Ostatni moment na bilety w cenie 49 zł.
Od 1 lipca cena rośnie!


Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!


Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Piotr Włoczyk

Autor


Dziennikarz po amerykanistyce, piszący głównie o polityce zagranicznej i historii. Autor wielu reportaży o tematyce międzynarodowej oraz wywiadów z czołowymi ekspertami w dziedzinie gospodarki, geopolityki oraz historii. Od marca 2023 r. redaktor naczelny miesięcznika „Historia Do Rzeczy”.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.