Prawda i Dobro
Małgorzata Majewska: krzyk w związku nie jest o racji, ale o zagłuszaniu siebie
09 września 2026

Polska ma przyjąć euro. Tyle że nikt nie zapisał, kiedy. Szwecja od ponad dwudziestu lat pokazuje, że taki stan zawieszenia może trwać bardzo długo. I właśnie tu zaczyna się prawdziwy spór: o to, kto i kiedy ma prawo zdecydować, że złoty przestaje być polskim pieniądzem. - pisze Dariusz Lipiński, były wiceprzewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.
Wszyscy, którzy wypowiadają się na temat ewentualnego przyjęcia przez Polskę waluty euro – zwolennicy, przeciwnicy oraz (bo są i tacy) różnego rodzaju symetryści – posługują się słownictwem ekonomicznym, ale tylko po to, by wyrazić swoje stanowisko polityczne, a czasem wręcz ideologiczne wyznanie wiary. Wprowadzenie bowiem lub niewprowadzenie w Polsce – czy jakimkolwiek innym kraju – europejskiego pieniądza nie jest problemem ekonomicznym, lecz politycznym.
Polityczna była jej geneza, gdy na szczycie w Hanowerze w czerwcu 1988 roku Rada Europejska powierzyła Komisji Europejskiej kierowanej przez Jacques’a Delorsa rozpoznanie, w jaki sposób Wspólnota mogłaby przejść do Unii Gospodarczej i Walutowej (UGiW).
Polityczna była podjęta rok później w Madrycie decyzja Rady Europejskiej dotycząca pierwszego etapu planu prowadzącego do UGiW. I polityczne były wszystkie bez wyjątku kolejne kroki na drodze do wprowadzenia euro (lub na drodze do jego niewprowadzenia, jak w Danii, gdzie skutkiem referendum odrzucającego w pierwszym podejściu Traktat z Maastricht doszło ostatecznie do traktatowego zwolnienia tego kraju z przyjęcia europejskiego pieniądza).
Bycie zwolennikiem lub przeciwnikiem wprowadzenia waluty euro też nie jest wyrazem wiedzy ekonomicznej, lecz przekonań politycznych. Gdyby było inaczej, wszyscy ekonomiści musieliby mieć z grubsza jeden wspólny pogląd na sprawę, a tak nie jest.
Wybór między suwerennością monetarną a zrzeknięciem się jej jest czysto polityczny i w polskim elektoracie odpowiada dość dokładnie podziałowi na tych, którzy deklarują przywiązanie do ojczyzny oraz na tych, którzy takich deklaracji nie składają lub ewentualnie byliby skłonni do jej złożenia z rozmaitymi zastrzeżeniami, z których jednym z ważniejszych byłoby dystansowanie się od używania pojęcia ojczyzny.
Nie podejmuję się precyzyjnego streszczenia poglądów rozmaitych ekonomistów na temat euro, ale spektrum jest pełne. Argumenty zwolenników dotyczą takich spraw jak brak ryzyka kursowego, niższe koszty transakcyjne, zwiększenie wiarygodności makroekonomicznej i wiarygodności w oczach inwestorów, a nawet ułatwienia w podróżowaniu.
Przeciwnicy podkreślają znaczenie mechanizmu amortyzacyjnego związanego z możliwością dewaluacji własnej waluty w przypadkach kryzysu i pokazują na konkretnych danych liczbowych, o ile lepiej z kryzysem po roku 2008 poradziły sobie będące poza strefą euro Wielka Brytania, Polska czy Islandia w porównaniu z należącymi do strefy państwami śródziemnomorskimi, a nawet Niemcami.
Wśród radykalnych przeciwników euro są laureaci Nobla z ekonomii: Maurice Allais (Nagroda Nobla 1988), Joseph E. Stiglitz (2001) i Paul Krugman (2008). Stiglitz pisał, że
zastój Europy po części wynika ze wspólnej waluty, która już u swoich początków była problematyczna”. Krugman uważa, że „euro było błędem, miało być symbolem unifikacji, lecz ostatecznie opóźniło europejską integrację.
W Polsce Stefan Kawalec, współtwórca tzw. planu Balcerowicza i były wiceminister finansów w rządach Hanny Suchockiej i Waldemara Pawlaka, jest współautorem książki, której tytuł mówi sam za siebie: Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?; drugim z autorów jest Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Banku Pekao SA.
Nie wiem, ilu laureatów Nobla jest zwolennikami euro (w Polsce wśród profesorów ekonomii zwolenników jest chyba sporo), ale skoro – powtórzmy – problem jest polityczny, a nie ekonomiczny, nie musimy wchodzić w szczegóły.
Wspomniane wcześniej duńskie referendum z roku 1992 – akt polityczny! – doprowadziło do sytuacji, w której Dania jest jedynym, po brexicie, państwem członkowskim Unii traktatowo zwolnionym z obowiązku wprowadzenia europejskiej waluty.
Podpisany w 1992 roku Traktat o Unii Europejskiej (Traktat z Maastricht) zobowiązywał państwa członkowskie do jej wprowadzenia, jednak Duńczycy odrzucili go w głosowaniu. Dopiero po uzyskaniu na mocy tzw. porozumienia z Edynburga przywileju pozostania przy własnym pieniądzu (oraz trzech innych klauzul opt-out) w drugim referendum zgodzili się na ratyfikację.
Można powiedzieć, że ich status prawny jest taki, iż nie muszą przyjmować euro do końca świata (czy mówiąc bardziej precyzyjnie: do końca istnienia Unii Europejskiej), chyba że sami zmieniliby zdanie. Jak widać, powody tego stanu rzeczy – zarówno referendum i jego wynik, jak i wynegocjowanie ustępstw w umowie edynburskiej – są zdarzeniami par excellence politycznymi, a nie ekonomicznymi.

Jeszcze ciekawszy jest przypadek Szwecji. Kraj ten, przystępując do Unii już po Traktacie z Maastricht, zobowiązał się do członkostwa w strefie euro. Mimo to rząd szwedzki rozpisał osiem lat później, w 2003 roku, referendum w tej sprawie. Wówczas większość Szwedów (56,2 proc.) głosowała przeciw, co dla władz tego kraju jest wiążące.
Od tamtej pory każdy, jaki by nie był, rząd szwedzki jest zatem zobowiązany jednocześnie do przyjęcia euro (bo traktat) i do nieprzyjmowania go (bo wiążące referendum). Od ponad dwudziestu lat Szwedzi radzą sobie z tym szpagatem za pomocą kreatywnej księgowości: po prostu dbają o to, by ani przez chwilę nie spełniać przynajmniej jednego z kryteriów konwergencji będących warunkiem przystąpienia do strefy euro.
Konkretnie kryterium kursu walutowego, pozostając poza tzw. Mechanizmem Kursów Walutowych ERM II. Unikanie spełnienia tego warunku to świadoma decyzja polityczna. Ratyfikowany traktat (który nakazuje przyjęcie euro), wiążący wynik referendum (który nakazuje nieprzyjęcie) i salomonowa dbałość wszystkich szwedzkich rządów o to, by przypadkiem nie spełnić kryteriów konwergencji – wszystko to są czynniki polityczne, a nie ekonomiczne.
W Polsce stosunek kolejnych rządów do wprowadzenia euro przypominał – jak się wydaje – model szwedzki. Formalnie jesteśmy do przyjęcia tej waluty zobligowani traktatem akcesyjnym, ale przez dwadzieścia lat nikt się tym nie przejmował. I słusznie, bo traktat nie określa terminu. W latach ogólnoświatowych kryzysów po roku 2008 własna waluta przeprowadzała nas przez nie dość bezboleśnie.
W poważnych dyskusjach temat pojawiał się rzadko i raczej w wąskich gremiach, a jeśli wypływał na szersze wody, to jako lapsus, kiks lub piarowa zagrywka – jak w 2008 roku, kiedy to na Forum Ekonomicznym w Krynicy premier Donald Tusk niespodziewanie ogłosił, ku zdumieniu wszystkich z jego najbliższymi współpracownikami włącznie, że celem jego rządu jest przyjęcie euro w roku 2011.
Nawet pomijając względy konstytucyjne – wprowadzenie w Polsce euro wymagałoby zmiany Konstytucji RP – zastąpienie złotego przez euro trudno sobie obecnie wyobrazić, ponieważ stosunek większości Polaków do europejskiej waluty jest systematycznie negatywny.
Według Eurobarometru (badanie z przełomu kwietnia i maja 2026 r.), którego dane i tak są zawyżone w stosunku do danych z ośrodków krajowych, za wprowadzeniem euro opowiada się 43 proc. Polaków (wg IBRiS z przełomu 2025/2026 jest to 28,5 proc., a według Instytutu Badań Pollster ze stycznia 2026 r. – tylko 21 proc.).
Nieco mniejszy od nas „entuzjazm” wykazują tylko Czesi (42 proc.), u Szwedów, którzy wcześniej odrzucili euro w referendum, wskaźnik ten wynosi 51 proc., w Rumunii 65 proc., a na Węgrzech aż 80 proc. Trudno więc spodziewać się, żeby waluta ta w bliskiej przyszłości mogła wyprzeć złotego, choć warto pamiętać, że mało co potrafi zmieniać się tak szybko, jak nastroje polityczne.
Wszędzie, nie tylko w Polsce, wszyscy – zwolennicy, przeciwnicy i symetryści – zgodni są co do jednego: że przyjęcie euro jest nieodwracalne, że gdy się już je przyjmie, odejście od niego jest niewyobrażalne, nawet gdyby – jak na przykład we Włoszech – było wskazane. Nie trzeba dodawać, że ta powszechna zgoda w tej sprawie jest najpotężniejszym argumentem przeciw wprowadzaniu euro.
Przeczytaj również: Nie superpaństwo, lecz sieć państw. Cybernetyczne spojrzenie na kryzys UE
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:
Prawda i Dobro
09 września 2026

Prawda i Dobro
09 września 2026


Zmień tryb na ciemny