Cavatina - Tworzymy miejsca przyjazne do pracy

Wolność słowa czy regulacja? USA rzucają wyzwanie Europie

Symboliczna ilustracja prasowa przedstawiająca amerykańską dyplomatkę między symbolami USA i Unii Europejskiej, sterującą ikonami smartfona i mediów społecznościowych w sporze o wolność słowa w internecie.

Wyobraź sobie dyplomatę, który przyjeżdża do europejskiego kraju nie po to, by rozmawiać o cłach, bezpieczeństwie czy wojnie, ale o tym, jak powinno wyglądać prawo regulujące internet. I nie ogranicza się do rozmów: zapowiada finansowanie organizacji, które mają walczyć z europejskimi regulacjami. Administracja Donalda Trumpa właśnie w ten sposób próbuje dziś prowadzić spór o wolność słowa z europejskimi sojusznikami.

Jedną z głównych postaci tej polityki jest Sarah B. Rogers, podsekretarz stanu USA ds. dyplomacji publicznej. W lutym 2026 roku odwiedziła Dublin, Budapeszt, Warszawę i Monachium. Z kolei w Budapeszcie występowała obok Balázsa Orbána, dyrektora politycznego premiera Węgier, i mówiła o wolności słowa oraz regulacjach, które, w ocenie administracji Trumpa, nadmiernie ograniczają debatę publiczną. 

W Warszawie spotkała się z podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Agnieszką Jędrzak, a w rezydencji ambasadora USA Toma Rose’a wzięła udział w inauguracji obchodów 250. rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych.

Rogers nie ukrywa, że chce wykorzystać swoją funkcję do promowania amerykańskiego rozumienia wolności słowa poza granicami USA. W rozmowie z dziennikarzami Reutersa w Budapeszcie mówiła wprost, że jej biuro będzie za pomocą grantów wspierać wolność słowa w zachodnich demokracjach.

I właśnie tutaj zaczyna się większa historia. Bo spór między Waszyngtonem a Brukselą nie dotyczy już tylko tego, czy europejski Akt o Usługach Cyfrowych (DSA) jest zbyt restrykcyjny. Coraz wyraźniej chodzi o to, kto ma prawo określać granice wolności słowa i czy jedno państwo może próbować wpływać na regulacje obowiązujące u jego sojuszników.

Cenzura w internecie czy regulacja?

DSA nakłada na największe platformy internetowe obowiązki dotyczące m.in. nielegalnych treści, przejrzystości działania i oceny ryzyka.

W sierpniu 2025 roku Reuters ujawnił treść wewnętrznej depeszy Marco Rubio, w której amerykańscy dyplomaci zostali zobowiązani do prowadzenia kampanii na rzecz zmiany lub uchylenia DSA. Mieli spotykać się z przedstawicielami rządów, biznesu i organizacji społecznych oraz zbierać przykłady tego, co Waszyngton uznaje za cenzurę.

W ten sposób Stany Zjednoczone zaczęły wykorzystywać własną dyplomację do wywierania presji na prawo obowiązujące w Unii Europejskiej.

Bruksela odpowiada, że DSA nie jest wymierzony w amerykańskie firmy ani poglądy polityczne, lecz ma tworzyć bezpieczniejsze środowisko cyfrowe, przy jednoczesnym zachowaniu wolności wypowiedzi. Waszyngton mówi więc o ochronie wolności słowa, Bruksela – o ochronie użytkowników i egzekwowaniu prawa. Obie strony odwołują się do tych samych wartości, ale inaczej rozumieją zagrożenia.

Waszyngton wykłada pieniądze

W lutym 2026 roku administracja Trumpa zapowiedziała finansowanie inicjatyw na rzecz wolności słowa w państwach sojuszniczych. W lipcu The Guardian ujawnił dokumenty dotyczące planowanych grantów dla brytyjskich organizacji: 7 mln dolarów dla 878 i 5 mln dla Free Speech Union International. Osobno 3 mln dolarów miały zostać przeznaczone dla Jobs Foundation.

W dokumentach jako uzasadnienie pojawiały się m.in. masowa migracja, cenzura, „lawfare” i ponadnarodowe regulacje. W uzasadnieniu dotyczącym Free Speech Union wskazywano na obronę wolności słowa i sprzeciw wobec nadmiernych regulacji cyfrowych.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie były to pieniądze już wypłacone. Departament Stanu podkreślał, że decyzje były jeszcze analizowane. Toby Young, związany z Free Speech Union, potwierdził zainteresowanie finansowaniem, ale zaprzeczył, że organizacja otrzymała grant.

Polityczne znaczenie tej historii pozostaje jednak duże. Planowane granty miały trafić do organizacji bliskich ideowo obecnej administracji i wesprzeć ich działalność w europejskiej debacie.

Hiperrealistyczna ilustracja prasowa pokazująca spór USA i Europy o wolność słowa online: pośrodku ogromny ekran smartfona podzielony na część amerykańską i europejską, przed nim stoją naprzeciw siebie amerykański dyplomata i europejska regulatorka.
Ilustracja:ChatGPT

Zakaz wjazdu za „cenzurę”

Granty są częścią szerszej zmiany. W grudniu 2025 roku USA objęły zakazem wjazdu do kraju pięciu Europejczyków, w tym byłego unijnego komisarza Thierry’ego Bretona. Rubio zarzucał im próby wywierania presji na amerykańskie platformy, a Rogers przedstawiała ich jako reprezentantów europejskiego systemu cenzury.

Breton jest tu szczególnie znaczącą postacią: jako komisarz odpowiadał za rynek wewnętrzny i był jednym z polityków stojących za egzekwowaniem DSA.

Waszyngton zaczął więc traktować europejskich regulatorów nie tylko jako partnerów, z którymi można się nie zgadzać, ale także jako osoby, wobec których można zastosować instrumenty amerykańskiej polityki zagranicznej. To zasadnicza zmiana tonu w relacjach transatlantyckich.

Europa chce bezpieczniejszego internetu

Problem w tym, że badania opinii publicznej w Europie nie pokazują jednoznacznie, by regulacje cyfrowe były postrzegane przede wszystkim jako zagrożenie dla wolności. Według badania YouGov z października 2025 roku 53 proc. Francuzów uważało, że media społecznościowe są regulowane zbyt słabo, a tylko 6 proc. – że zbyt mocno.

W kwietniu 2026 roku 79 proc. Francuzów popierało zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia. Podobne stanowisko przeważało także w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Polsce.

Nie oznacza to oczywiście, że Europejczycy są zgodni co do sposobu regulowania internetu. Pokazuje jednak, że spór o DSA nie jest prostym konfliktem między „wolnością” a „cenzurą”. Chodzi o to, jak rozumieć wolność w środowisku, w którym kilka prywatnych firm ma ogromny wpływ na globalną komunikację.

W tym samym kierunku wskazują dane Komisji Europejskiej: w badaniu Eurobarometru z 2026 roku 71 proc. Europejczyków obawiało się cyberprzemocy i nękania dzieci w sieci, a 70 proc. – internetowego groomingu i wykorzystywania seksualnego. 

Prawica też działa ponad granicami

Jeśli spór o regulację internetu jest częścią większej politycznej układanki, warto spojrzeć na nią szerzej. Prawica, która krytykuje globalizację i ponadnarodowe instytucje, od lat sama buduje międzynarodową sieć współpracy.

Politologowie Pablo de Orellana i Nicholas Michelsen opisali ten sposób działania jako „reakcyjny internacjonalizm”. Chodzi o środowiska, które kwestionują uniwersalistyczne zasady liberalnego porządku, a jednocześnie tworzą transnarodową infrastrukturę organizacyjną – sieć konferencji, fundacji, think tanków i instytucji edukacyjnych działających po obu stronach Atlantyku.

Paradoks polega więc na tym, że środowiska krytykujące globalizację same korzystają z możliwości, jakie daje międzynarodowa współpraca. Administracja Trumpa dokłada do istniejącej już sieci nowy element: państwowe wsparcie. Tym razem nie chodzi wyłącznie o prywatne fundacje czy organizacje ideowe, lecz o oficjalne środki amerykańskiej dyplomacji, które mają wspierać inicjatywy związane z wolnością słowa i sprzeciwem wobec europejskich regulacji.

Skala prywatnych pieniędzy pokazuje zresztą, że takie sieci nie powstały wczoraj. Hiszpańskie HazteOír i CitizenGO, według danych European Parliamentary Forum, między 2009 a 2018 rokiem zebrały ponad 32 mln dolarów. To pieniądze prywatne, zbierane latami. Planowane przez administrację Trumpa granty miały natomiast pochodzić bezpośrednio z budżetu państwa.

Sojusz czy ingerencja?

Dla przeciętnego użytkownika internetu ten spór zaczyna się od rzeczy znacznie bardziej konkretnych niż wielka polityka. Chodzi o to, czy dziecko jest bezpieczne w sieci, jak daleko powinny sięgać regulacje i gdzie przebiega granica między ochroną użytkowników a ograniczaniem wolności słowa.

Dopiero za tymi pytaniami pojawia się polityka. Kto ustala zasady obowiązujące w internecie? Czy zagraniczne pieniądze mogą wpływać na krajowe spory ideologiczne? I czy państwo może wykorzystywać swoją dyplomację, żeby przekonywać sojuszników do zmiany własnego prawa?

Europa ma pełne prawo bronić swoich regulacji i krytykować DSA. Stany Zjednoczone mają równie pełne prawo ostrzegać przed konsekwencjami nadmiernej regulacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna strona uznaje, że to ona powinna decydować o granicach wolności słowa także poza własnym terytorium.

Wolność słowa pozostaje wspólną wartością. Coraz wyraźniej różnimy się jednak w odpowiedzi na pytanie, kto ma prawo powiedzieć, gdzie kończy się wolność, a zaczyna cenzura.

Czytaj również: Muzea, wielkie nazwiska i miliardy. Tak dyktatury kupują prestiż


Zapraszamy do: ksiegarnia.holistic.news

Życzymy udanych zakupów!
Redakcja

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Dariusz Jaroń

Autor


Pisze od 20 lat. Z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania reporter i tłumacz języka angielskiego, a na co dzień specjalista content marketingu. Autor kilku książek non-fiction, w tym jednej nagrodzonej na Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju. Fanatyk sportu, hard rocka i włoskiej kuchni.

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.