Nauka
60 mln gwiazd na jednym zdjęciu. Pomoże zbadać obce planety
18 lipca 2026

Nauka dopiero zaczyna rozumieć, jak głęboko malarstwo i emocje są ze sobą powiązane. Kontemplacja obrazów, uczestnictwo w wystawach, otaczanie się dziełami sztuki – to nie tylko przyjemność, ale także narzędzie wpływające na nasz mózg, nastrój i zdolność do wydobywania się z mroku. W świecie pełnym bodźców i pośpiechu, obcowanie z malarstwem może być odtrutką na społeczeństwo zmęczenia.
Stanu, gdy stajesz przed obrazem wielkiego mistrza i czujesz rozlewającą się po całym ciele rozkosz obcowania z czymś większym od ciebie. Amerykanie na stan, który przeżywasz, kiedy doświadczasz, zarówno rozkoszy i lęku przed czymś, co cię przerasta, wynaleźli krótkie słowo: „awe”. Może to być monumentalna góra zatopiona w chmurach, połać zieleni ciągnąca się aż po horyzont albo akt twórczy, coś niezwykłego, co stworzył człowiek, a jednak odnosimy wrażenie, że dzieło to powstało bez wątpienia przy użyciu jakiejś większej siły.
Nawet jeśli mamy świadomość, że obraz namalowany został przez człowieka, wykracza poza ludzkie rozumienie. Jest czymś większym od artysty i tego, który go ogląda. Przekracza czas i miejsce.
Artysta zarzuca wędkę na wszechświat. To nie my decydujemy, kiedy coś spostrzeżemy lub kiedy nadejdzie inspiracja. Aby ją otrzymać, możemy jedynie tam być. Podobnie jak w przypadku medytacji, gwarancją uzyskania rezultatów jest nasze zaangażowanie w proces. Do zbierania nasion najlepiej podchodzić w stanie czynnej świadomości i bezgranicznej ciekawości. Tego stanu nie da się wymusić, choć zapewne można go przywołać aktem woli
– pisze Rick Rubin w książce Akt twórczy. Nowy sposób bycia.
Odkąd zajmuję się malarstwem, wielokrotnie doświadczałam tego stanu. Zwłaszcza malowanie farbami olejnymi wyzwala coś, co można by nazwać długotrwałym procesem alchemicznym. Już samo mieszanie farb szpachelką, uruchamia pierwsze impulsy zachwytu w całym ciele.
Przenoszenie kolorów na płótno, nadawanie struktury obrazowi, ciekawość, w którą stronę zaprowadzi mnie ręka, sprawia, że zapominam o wszystkim, co mi dolega. Jestem tylko ja i powstający obraz. W trakcie pracy obraz ulega przemianom, a ja nie zakładam, jaki będzie jego ostateczny kształt.
Bardzo często zdarza się, że dzieło przestaje przypominać pierwotną formę, a po ukończonej pracy nie mogę wyjść ze zdumienia, że cały proces twórczy był dziełem wyłącznie moich rąk. I nie był. Potwierdza to wielu artystów, którzy nie odtwarzają na płótnie rzeczywistości jeden do jeden. Pozwalają oni nieść się wyobraźni, przeczuciu, intuicji, jednocześnie wiedząc, co robią, znając zasady, aby móc je później łamać.
Malarstwo leczy, koi i ma zdolność wyprowadzania nas z mroku. Nawet jeśli jest mroczne, uruchamia w nas proces leczniczy, pozwala oswajać cień, który każdy w sobie nosi. Stając przed obrazem Beksińskiego, chłoniemy jego wizję rozpaczy świata. Jednak po wyjściu z muzeum czujemy ożywienie, jakbyśmy zostawili za drzwiami tę część siebie, która od dawna nas uwierała i nie pozwalała swobodnie oddychać.
Coś w nas, po kontemplacji mroku, pozwoleniu na to, by zaistniał, znów zaczyna żyć. Paradoks. Po tym, jak umarłeś, nigdy nie byłeś tak żywy, jak teraz. Znów otwiera się przestrzeń nadziei. Pulsująca tajemnica życia, która wcale nie chce być odkryta, ale pragnie być przeżywana, doświadczana, istnieć.
Jeśli mielibyście zobaczyć jeden obraz w życiu, udajcie się do National Gallery w Londynie. Wisi tam płótno niderlandzkiego malarza Jana van Eycka Portret małżeństwa Arnolfinich z 1434 roku. Niezwykłość tego obrazu zawiera się w symbolice. Owoce leżące na stole i parapecie okna symbolizują czystość i niewinność.
To raj, przed grzechem pierworodnym. Pies jest symbolem wierności małżeńskiej. Patynki (widoczne na pierwszym planie, a także w tle, przy ławie) to odniesienie do Starego Testamentu „Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą (Wj, 3, 4-5).

Zwykłe mieszkanie zostało uświęcone przez dokonujący się w jego wnętrzu sakrament małżeństwa. Zapalona świeca, mimo że jest dzień, to symbol obecności Chrystusa. Jest też różaniec z bursztynów, który symbolizuje wstrzemięźliwość, miotełka – czystość, czerwone łoże – akt miłości i zjednoczenia się małżonków. I w końcu wisienka na torcie – lustro, także symbol czystości, ale przyglądając się bliżej, dostrzeżemy, że są w nim postacie.
Ci, którzy także biorą udział w tym, co widzimy. Kim są ci oni? Może to sam malarz, a może autor obrazu zostawił nam swobodę interpretacji, byśmy mogli odczuć właśnie ów stan „awe” – grozy i zachwytu, który prowadzi do głębi życia.
Obraz Jana van Eycka jest odtrutką na czasy, w których przyszło nam żyć, na zagubienie w społeczeństwie narcystycznym. Kontemplując go przekraczamy siebie. Własne zranienia, małość i chciejstwa. Uczymy się czegoś większego od nas na poziomie symbolicznym. Celebrujemy przeczucie. Robi się w nas cicho.
W społeczeństwie, które staje się coraz bardziej narcystyczne, libido jawi się przede wszystkim jako inwestycja we własną podmiotowość. Narcyzm nie jest miłością własną. Podmiot miłości własnej odgranicza się od Innego na korzyść samego siebie. Podmiot narcystyczny natomiast nie potrafi jasno ustalić swoich granic. Tak znika granica między nim, a tym, co inne. Świat ukazuje się mu tylko w formie odcieni jego narcystycznej jaźni. Nie jest zdolny rozpoznać i zaakceptować Innego w jego inności. Znaczenia odnajduje tylko tam, gdzie w jakiejś mierze rozpoznaje sam siebie. Brodzi w cieniu siebie, dopóki nie utopi się w sobie
– zauważa Byung-Chul Han w eseju Melancholia.
A zatem malarstwo, to poruszające do głębi, pozwala nam istnieć jako przeżycie, a nie wiecznie nienasycone „ja”. Istnienie w przeżyciu zaś, czyni z nas część wspólnoty. Zasila nasze baterie i otwiera na bogactwo życia, które jesteśmy zdolni przeżywać w nowych formach, nadawać mu wciąż sens.
Obecnie malarstwo najwyższej próby, to wielkoformatowe prace Anselma Kiefera, niemieckiego malarza, który jak nikt inny potrafi oddać grozę i piękno natury – zarówno ludzkiej, jak i tej, która nas otacza. Jest też Adam Shaw, amerykański malarz, mistrz obrazów strukturalnych, powstających latami, warstwa po warstwie, nakładanych z ogromnym pietyzmem, w samotności, która jest jego wierną towarzyszką od lat.
Nikt tak nie maluje ensō, które możemy kontemplować latami i za każdym razem, w tym jednym ruchu ręki, odkrywać coś nowego, co przywiedzie do naszego umysłu nowe znaczenia i konteksty. Ensō jest zapisem chwili — momentu, w którym ruch ręki, oddech i świadomość stają się jednym.
Gdy patrzymy na ensō, widzimy ślad czasu: miejsca, gdzie pędzel był cięższy, gdzie zadrżał, zwolnił. Widzimy człowieka uchwyconego w akcie obecności. A właśnie obecności nam najbardziej potrzeba.
Akt twórczy – czy to własny, czy ten oglądany w muzeach, na wystawach, kontemplowany w naszych mieszkaniach, przyczynia się nie tylko do poprawy pracy mózgu. Ma wręcz zdolność do jego odbudowy po trudnych doświadczeniach. Daje nam jednak przede wszystkim coś, czego nie można kupić za pieniądze – wolność od siebie, która nie jest ucieczką, lecz wytchnieniem. Później o wiele łatwiej znów zanurzyć się w życie. I przeżywać je z większą uważnością na to, czego naprawdę potrzebujemy, zamiast pędzić za tym, co jest tylko kagańcem narzuconym nam przez popkulturę.
Przeczytaj także: „Artysto! Uwiedź mnie”. O co naprawdę chodzi w sztuce współczesnej
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: