Prawda i Dobro
Nagrody w szkołach są ważne. Dzieci muszą umieć też przegrywać
26 czerwca 2026

Polskę zalała terapeutyczna fala doskonalenia siebie i gojenia ran, które kiedyś leczyła sztuka, literatura i muzyka, a w najgorszym razie czas. Ta wszechobecna kultura rozwoju osobistego rzadko jednak daje nam to, co obiecuje. W mnogości metod szarlatańskich kilka zasługuje jednak na uwagę. Dlaczego? Bo wywodzą się z natury. Tej ludzkiej. I nie uczynią nam krzywdy.
Bez wątpienia żyjemy w czasach kultury terapeutycznej. Już rzadko kto wyobraża sobie życie bez psychologizacji, przepracowywania zranień z dzieciństwa, otwierania czakr czy afirmacji służących zwiększaniu stanu konta. Polacy ruszyli pokonywać rodowe traumy, leczyć relacje, uczyć się bezpiecznie wyrażać gniew i poznawać przeszłe wcielenia, aby lepiej zrozumieć swoje obecne życie.
Nauczyciele duchowi i kołcze wyrastają jak grzyby po deszczu w niemal każdej miejscowości. Powiedzą ci, jak żyć, dlaczego ci nie wychodzi, odradzą spotykanie się z toksycznymi ludźmi albo uświadomią, że twoje choroby to nic innego jak skutek zablokowanych kanałów energetycznych.
Wprawdzie wróżek i astrologów jakby zrobiło się mniej niż w latach 90. ubiegłego wieku, ale coraz więcej w Polsce wszelkiej maści terapeutów, którzy w białych rękawiczkach wpędzą cię w poczucie winy. Trudno wśród nich szukać ludzi przyznających, że nie wszystko leży w twoich rękach, bo przecież podlegamy różnym prawom – od kondycji rynku po choroby, które każdemu mogą się zdarzyć. Życiowi kołcze i guru wmawiają nam, że możemy wszystko, jeśli tylko wystarczająco mocno się postaramy.
A jeśli nadal nam nie wychodzi?
Widocznie coś robimy nie tak. Staramy się za mało albo nieumiejętnie. I musimy się jeszcze wiele nauczyć. Najlepiej na kursach, warsztatach i w prywatnych gabinetach tych, którzy wiedzą, jak żyć, zarabiać i kręcić się w pobliżu oświecenia. Wszystko to jest oczywiście płatne. I działa przez jakiś czas.
Tak jak działa każda nowość, która po chwili ulega oswojeniu. Prędzej czy później znów wchodzimy w życiowe buty. I biegniemy do terapeuty lub kołcza po kolejną poradę, kurs lub kilka sesji, które pozwolą nam odetchnąć. Aż do czasu, gdy znów odezwie się w nas emocjonalne jo-jo, które zapomniało już, czego się nauczyło, więc wraca do szkoły. Kolejnej, następnej, z innym szyldem. I tak to się kręci.
W zalewie terapeutycznych czarów-marów znalazłam jednak kilka perełek, które mogą się przydać każdemu, kto przechodzi życiowy kryzys. Nie trzeba słono płacić. Wystarczy nabyć dostępne na rynku książki, rzetelnie je przeczytać i trochę poćwiczyć w wolnej chwili.
Zacznijmy od doktora Alexandra Lowena, amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty, który opracował autorskie podejście terapeutyczne zwane bioenergetyką. Jego trwające ponad 60 lat badania miały duży wpływ na rozwój współczesnej psychiatrii i psychoterapii.
Metoda Lowena łączy pracę umysłu z ciałem, co w rezultacie prowadzi do odkrycia, że każdy nosi w sobie potencjał życiowej radości. Napisał na ten temat kilkanaście książek, które zawierają mnóstwo ćwiczeń do samodzielnego wykonywania w domu.
Ciało pamięta wszystko, więc stres, trudne doświadczenia, przebyte choroby, zostawiają w nas ślady. Ćwiczenia opracowane przez Lowena odciążają ciało, przynoszą ulgę, lepszy sen, a w konsekwencji więcej kreatywności. W połączeniu z oddychaniem i nauką zdrowego rozsądku w myśleniu, możemy doświadczyć spektakularnej przemiany ze sflaczałego kanapowca na chodzącego z lekkością człowieka ciekawego świata. To działa. Jednak nie bez wysiłku. Bez ćwiczeń samo się nie zrobi. Ale przynajmniej zaoszczędzimy, bo nie musimy chodzić do gabinetu.
Przekonał mnie też doktor Gabor Mate, który ma zdrowe podejście do niezdrowego świata. Już sam fakt, że pracował przez ponad dekadę z uzależnionymi od narkotyków i alkoholu w jednej z najgorszych dzielnic w Vancouver, czyni z niego człowieka godnego podziwu. On także daje polskiemu czytelnikowi tacę z książkami, z których zwłaszcza jedna jest warta praktycznego polecenia.
Kiedy ciało mówi nie – znajdziecie tu wszystko, co powinniście wiedzieć o zdrowieniu, zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Urzekło mnie zwłaszcza i praktykuję siedem zasad zdrowienia rekomendowanych przez doktora Gabora Mate. Oto one.
Akceptacja, czyli gotowość do poznawania stanu rzeczy i godzenia się z nim (nie kop się z koniem, bo przegrasz).
Świadomość, czyli konieczność odzyskania utraconej zdolności do emocjonalnego rozpoznawania prawdy (słowem – nie daj się nabić w butelkę nikomu, również sobie).
Gniew, bo wypieranie gniewu zwiększa stres fizjologiczny organizmu, więc należy go doświadczać po prostu obserwując, że właśnie się pojawił (gniew jest jak prąd, pojawia się i znika).
Autonomia, czyli szanowanie swoich granic i rozwijanie wewnętrznego centrum kontroli. Więź, bo bez poszukiwania więzi z drugim człowiekiem nie będziemy zdrowi.
Asertywność, czyli wiadomość dla świata, że jesteśmy, jacy jesteśmy i nie udajemy nikogo, kim nie jesteśmy.
I na koniec – afirmacja, czyli potrzeba tworzenia – pisz, maluj, twórz cokolwiek. To, co jest w tobie, musi się wydostać.
Prawda, że wracamy do starych, dobrych metod, które od zarania dziejów przynosiły człowiekowi ukojenie i stawały się autoterapią?
Warto także zapoznać się z książkami doktora Davida R. Hawkinsa, amerykańskiego psychiatry, którego techniki uwalniania na pewno nam nie zaszkodzą. Przywracanie zdrowia i Techniki uwalniania. Hawkins całe życie poświecił poszukiwaniu uniwersalnej metody, która pomagałaby w cierpieniu psychicznym, jakiego doświadcza każdy z nas na przestrzeni życia.
Odkrył coś, co wydaje się bardzo proste i pewnie dlatego nie przychodzi nam do głowy w codziennym zmaganiu się z losem. Gdy przestaniesz stawiać opór, sprawy przybierają inny obrót. Większość stresu bierze się właśnie z oporu, a ten to nic innego jak nasz sprzeciw wobec tego, czego doświadczamy. Opór należy uwalniać. Tak jak i wszystkie inne trudne uczucia, które gromadzimy, tłumimy i zaśmiecamy sobie nimi serca i umysły. Ulga przychodzi szybko. I bezpłatnie. Można to robić samodzielnie, przed albo po pracy w wygodnym fotelu.
I na koniec terapia transpersonalna, którą w Polsce budują Jarosław Gibas i Agnieszka Janowska. Żadnych obietnic o oświeceniu i bajania o rozwoju duchowym. Tych dwoje doświadczonych w pracy z ludźmi poranionymi wie, że jak się ma gwóźdź w tyłku, to zamiast się rozwijać duchowo, trzeba go najpierw wyjąć.
Terapia transpersonalna polega na tym, że uczymy się patrzeć na siebie z boku. Jakbyśmy mieli doradzić komuś, komu dobrze życzymy – najlepszej przyjaciółce czy przyjacielowi. Nie jesteś problemem, przychodzisz z problemami. Jesteś zegarmistrzem, a problemy to zegarki, które naprawia zegarmistrz. On wie, jak to zrobić. Wszystkie odpowiedzi ma już w sobie, terapeuta pomaga mu je z siebie wydobyć.
Ta terapia ma zdolność przywrócenia człowiekowi sprawczości. Nie uzależnia go od terapeuty. Daje narzędzia do pracy ze sobą, jeśli tylko zdecyduje się na to, aby być ze sobą szczerym.
Pamiętajmy jednak, że cudów nie będzie. Aby nam się poprawiło, musimy się trochę przyłożyć. Ćwiczyć i podejmować decyzje, o czym chcemy myśleć i co tworzyć, aby móc skutecznie pracować, kochać i przestać wreszcie nadmiernie zajmować się sobą.
Przeczytaj także: Życie na znieczuleniu. Ucieczka przed bólem nas osłabia




***
Ostatni moment na bilety w cenie 49 zł.
Od 1 lipca cena rośnie!
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: