Finansowali wroga, by móc go zwalczać. Biznes „walki ze złem”

Mężczyzna na tle ognia obrazujący jak walka ze złem wypacza szczytny cel

Wyobraź sobie strażaka, który najpierw w nocy podkłada ogień, a kilka godzin później w blasku kamer bohatersko go gasi. Absurd? A jeśli dokładnie tak działa część współczesnych instytucji „walczących ze złem”?

Uzależnienie od walki ze złem

Środek nocy. Strażak cicho zamyka za sobą drzwi, jedzie na skraj miasteczka i rozlewa łatwopalną ciecz w opuszczonym magazynie. Kilka minut później słup ognia przecina ciemność. Godzinę później ten sam człowiek, w pełnym rynsztunku, heroicznie gasi pożar przed kamerami lokalnej telewizji. Bohater „walczący ze złem”, które sam wcześniej uwolnił.

Strażak–podpalacz żyje z ognia i dla ognia. Gdy pożarów jest za mało, tworzy je sam. W jego świecie bez katastrofy nie ma bohaterstwa, a bez bohaterstwa nie ma tożsamości.

Ten sam mechanizm – choć w dużo bardziej wyrafinowanej formie – widać dziś w świecie instytucji „stojących na straży dobra”. Jeśli czyjś model biznesowy i moralna tożsamość opierają się na walce z nienawiścią, terroryzmem czy dezinformacją, to zło przestaje być tylko wrogiem, a staje się także zasobem. Problem w tym przypadku stanowi rynek, na którym sprzedaje się granty, darowizny, kliknięcia i głosy. Im większe zagrożenie, tym większe budżety i tym wyższy status tych, którzy deklarują „walkę ze złem”.

Hodowanie własnego wroga

Niedawno fundacja Southern Poverty Law Center, która latami uchodziła za ikoniczną organizację monitorującą prawicowy ekstremizm, została oskarżona o wspieranie… Ku Klux Klanu. Fundacja miała przekazać ponad 3 miliony dolarów osobom powiązanym z Ku Klux Klanem, Aryan Nations i innymi grupami ekstremistycznymi. FBI i prokuratura zarzucają organizacji, że zamiast „demonstrować skuteczność w rozbrajaniu ekstremizmu”, w praktyce „finansowała go”. W ten sposób tworzyła z działalności wrogów materiał dowodowy na własne potrzeby oraz medialne raporty dla darczyńców.

Fundacja nie likwidowała zła. Ona je konserwowała. Bez żywego, groźnego wroga jej model biznesowy – granty, dotacje, medialna uwaga – po prostu by się zawalił. W tym świetle konferencja prasowa, na której dyrektor FBI mówi o funduszu „który miał likwidować nienawiść, a w rzeczywistości ją sponsorował”, brzmi jak opis strażaka–podpalacza w garniturze. Formalnie celem jest nadal walka ze złem, lecz struktura bodźców sprzyja temu, aby zło nie zniknęło zbyt szybko. Wraz z nim zniknęłoby bowiem uzasadnienie dla istnienia instytucji.

Dlaczego potrzebujemy wroga?

Psychologicznie to mechanizm bardzo ludzki. Carl Gustav Jung ostrzegał przed „projekcją cienia” na innych. Cień to w jego ujęciu ta część nas, której nie chcemy widzieć: agresja, pycha, chęć dominacji czy pogarda. Zamiast przyznać, że w nas też są te uczucia, przerzucamy je na innych: na „rasistów”, „komunistów”, „faszystów”, „zdrajców narodu”, „lewactwo” czy „ciemnogród”.

Jung zwracał uwagę, że gdy całe zło lokujemy po „tamtej stronie”, zaczynamy – paradoksalnie – robić rzeczy, które tego wroga wzmacniają, nieświadomie pomagając własnemu nieprzyjacielowi. To dokładnie widać w sytuacji organizacji żyjącej z „walki ze złem”: potrzebuje silnego przeciwnika, żeby czuć się moralnie wielka i potrzebna. Gdy wróg słabnie, słabnie też jej tożsamość, więc świadomie lub nieświadomie dba o to, by zagrożenie nigdy naprawdę nie zniknęło.

Problem jako model biznesowy

Na poziomie społecznym ta psychologia łączy się z twardą ekonomią. Współczesne NGO-y, think-tanki, media, partie czy fundacje funkcjonują w logice, w której nagłośniony problem staje się głównym źródłem ich finansowania i uzasadnieniem istnienia. Żyją z opowieści o tym, jak bardzo świat jest zagrożony katastrofą klimatyczną, faszyzmem, rasizmem, „ideologią gender”, uchodźcami czy globalnym kapitalizmem. Im bardziej dramatyczny problem, tym łatwiej o granty, darowizny, reklamy, subskrypcje czy polaryzujące nagłówki.

W takim ekosystemie prawdziwe rozwiązanie problemu bywa niemile widziane, bo oznaczałoby po prostu samobójstwo instytucji. Zamiast więc rozwiązywać problemy, część organizacji konserwuje je w stanie „kontrolowanego zagrożenia”. Wystarczająco groźnego, by ludzi mobilizować, lecz nigdy na tyle opanowanego, by można było powiedzieć: „nasza walka ze złem zakończyła się sukcesem, rozwiązujemy się”.

Prawdziwe dobro nie potrzebuje kamer

Erich Fromm ostrzegał, że człowiek potrafi kochać ludzkość abstrakcyjnie, jednocześnie nienawidząc konkretnych ludzi. Z taką sytuacją mamy do czynienie, gdy dobro staje się ideologią, a nie żywą relacją z drugim człowiekiem. W takim ujęciu dobro łatwo deformuje się na kilka sposobów.

Dobro instrumentalizowane to sytuacja, w której „walka o dobro” staje się przede wszystkim narzędziem zdobywania władzy, pieniędzy, statusu albo poczucia moralnej wyższości. Symulowane dobro to moralność „na pokaz”, gdzie liczy się przede wszystkim widowisko z „walki ze złem”, bo to przekłada się na lajki, zasięgi i wpływy. Z kolei cyniczna symulacja oznacza świadome „podtrzymywanie ognia” przy jednoczesnym zapewnianiu, że chodzi wyłącznie o jego gaszenie.

Na drugim biegunie jest prawdziwe dobro – ciche, niepotrzebujące wroga ani kamer. Dobro św. Franciszka, który rozbrajał przemoc pokojem, czy Matki Teresy, która nie budowała modelu działalności na liczbie ubogich, tylko po prostu z nimi była – także wtedy, gdy nikt nie patrzył i nikt nie płacił. To dobro, które nie musi definiować się przez „walkę ze złem”. Istnieje samo z siebie, bo jest zakorzenione w prawdzie, a nie w scenariuszu konfliktu.

Czy umiemy być dobrzy bez wroga?

Poświęcając się „walce ze złem” warto zadać sobie pytanie, czy nasze „dobro” jest autentyczne, czy jest tylko reaktywną pozą wobec zła, którego potrzebujemy, by czuć się kimś? Czy potrafimy być dobrzy, gdy nie ma już nikogo, z kim moglibyśmy walczyć?

Strażak–podpalacz to skrajny, lecz bardzo czysty obraz mechanizmu sztucznego zagrożenia jako źródła tożsamości i dochodu. Bez ognia ten człowiek musiałby zmierzyć się z własną pustką, lękiem i „cieniem”. Z ogniem może być bohaterem – nawet jeśli w głębi wie, że to rola zbudowana na kłamstwie. Ostatecznie oba przykłady – strażaka z kanistrem benzyny i instytucji, które karmią swoich wrogów – opowiadają nam o tym samym: jak łatwo walka ze złem staje się uzależnieniem od jego istnienia.

Przeczytaj również: Autorytaryzm ma dwa oblicza. Jedno było długo ignorowane


Zapraszamy do: ksiegarnia.holistic.news

Życzymy udanych zakupów!
Redakcja

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Mariusz Martynelis

Dziennikarz


Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, od 15 lat związany z branżą medialną. Doświadczenie zdobywał m.in. w „Dzienniku Łódzkim”, „Super Expressie” oraz „Esce”. Równolegle współpracował z agencjami reklamowymi i zajmował się tłumaczeniem filmów. Pasjonat dobrego kina, literatury fantastycznej oraz sportu. Swoją kondycję fizyczną i psychiczną zawdzięcza samojedowi o imieniu Jaskier.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.