Humanizm
Odyseusz jest w każdym z nas. Jakiego domu szukamy?
21 sierpnia 2026

Miała kilkanaście lat, gdy zaczęła myśleć o technologii, która mogłaby rozpoznać, że z nastolatkiem dzieje się coś złego, nawet jeśli on sam milczy. Z czasem Gitanjali Rao wiedziała już wystarczająco dużo, by wyobrazić sobie, jak taki system zbudować. I właśnie wtedy uznała, że nie chce tego robić. W rozmowie z Patrycją Krzeszowską mówi o granicach technologii, cenie bycia „genialnym dzieckiem”, dlaczego dziś ma więcej pytań niż odpowiedzi. I dlaczego czasem najważniejszą decyzją wynalazcy jest… niczego nie wynaleźć.
Patrycja Krzeszowska: Kiedy miałaś dwanaście lat, opracowałaś Tethys, prototyp zaprojektowany do szybszego i tańszego niż w przypadku konwencjonalnych metod wykrywania ołowiu w wodzie. Patrząc dziś, jako studentka MIT, na tamten projekt, co zrobiłabyś zupełnie inaczej? Pod jakim względem byłaś w rzeczywistości odważniejsza niż Gitanjali, którą jesteś dzisiaj?
Gitanjali Rao*: Myślę, że poświęciłabym znacznie więcej czasu na zrozumienie problemu, zanim zdecydowałabym, że muszę coś zbudować. W przypadku Tethys moje myślenie było dość bezpośrednie. Badanie poziomu ołowiu było powolne i kosztowne, więc chciałam, żeby było szybsze i tańsze. Dziś chciałabym najpierw wiedzieć, co dzieje się później, kiedy ktoś dowiaduje się, że w jego wodzie znajduje się ołów. Czy rzeczywiście może coś z tym zrobić? Kto odpowiada za rozwiązanie tego problemu? Czy ułatwienie przeprowadzania takich badań faktycznie zmieniłoby sytuację tej rodziny?
MIT sprawiło, że zaczęłam zadawać sobie te pytania znacznie wcześniej. Mam też już wystarczająco dużo doświadczenia w prowadzeniu badań, żeby dość szybko dostrzegać problemy związane z danym pomysłem. W wieku dwunastu lat nie potrafiłam tego robić. Mogłam zainteresować się jakimś pytaniem i spędzić nad nim kilka dni, nie wiedząc nawet, czy dokądkolwiek mnie ono zaprowadzi.
I właśnie tego bardzo mi brakuje. Dużo mówię o tym, żeby patrzeć na świat jak dziecko, i myślę, że właśnie tego próbuję się trzymać. Dzieci zadają pytania, które dorosły mógłby zbyć, bo odpowiedź wydaje się oczywista albo samo pytanie nie jest do końca właściwie postawione. Czasami pytanie rzeczywiście jest głupie. Ale czasami okazuje się, że ta oczywista odpowiedź wcale nie jest taka dobra.
Teraz wiem o wiele więcej niż wtedy. Po prostu staram się nie dopuścić do tego, żeby większa wiedza sprawiła, że będę zadawać mniej pytań.
Jesteś znana z dostrzegania problemów, które większość ludzi przeocza. Jak odróżniasz problem, który naprawdę warto rozwiązać, od takiego, który jest po prostu bardzo widoczny i przyciąga uwagę mediów?
Staram się, żeby moja praca zawsze wyrastała z empatii. Dla mnie zazwyczaj oznacza to, że zanim zdecyduję, co należy zrobić, muszę mieć jakiś kontakt z ludźmi, którzy żyją z danym problemem na co dzień.
Myślę, że duże znaczenie miały tu podróże. Kiedy dorastałam, moja rodzina przykładała dużą wagę do podróżowania i nadal dużo podróżuję. Dość szybko człowiek uświadamia sobie, że jego poczucie tego, co jest ważne, w ogromnym stopniu zależy od tego, gdzie się znajduje i z jakiej perspektywy patrzy. Byłam w miejscach, gdzie coś, o czym wcześniej prawie w ogóle nie myślałam, wpływało na sposób, w jaki ludzie funkcjonują każdego dnia. Zdarzało mi się też przejmować rzeczami, które po wyjściu poza własne środowisko, nagle wydawały się znacznie mniej istotne.
Dlatego staram się najpierw słuchać, a dopiero potem decydować, na czym właściwie polega problem. Wielokrotnie zdarzało mi się rozpoczynać rozmowę z przekonaniem, że coś rozumiem, a kończyć ją ze świadomością, że skupiałam się na zupełnie niewłaściwym aspekcie.
To, czy coś przyciąga uwagę mediów, właściwie nie ma wpływu na to, czy się tym zajmę. Muszę naprawdę przejmować się ludźmi, którzy znajdują się po drugiej stronie danego problemu. Jeśli tak nie jest, nie sądzę, żebym to ja powinna decydować, czego oni potrzebują.

Wielu młodych ludzi uważa, że innowacja zaczyna się od genialnego pomysłu. Ty często powtarzasz, że zaczyna się ona od empatii. Czy możesz opowiedzieć o sytuacji, w której bezpośrednia rozmowa z osobami dotkniętymi konkretnym problemem doprowadziła Cię do innego rozwiązania niż to, które początkowo sobie wyobrażałaś? Czy powiedziałaś sobie wtedy, że był to moment, w którym zobaczyłaś więcej jako człowiek niż jako naukowiec?
Praca nad „Kindly” zmieniła moje myślenie o tym. Kiedy zaczynałam pracę nad rozwiązaniem problemu cyberprzemocy, myślałam o nim przede wszystkim jako o czymś, co można wykrywać. Jeśli system potrafiłby rozpoznać szkodliwy język, zanim wiadomość zostałaby wysłana, być może udałoby się powstrzymać część takich sytuacji.
Potem zaczęłam rozmawiać z uczniami i okazało się, że język był najbardziej skomplikowaną częścią całego problemu.
Coś, co dla mnie wyglądało zupełnie niewinnie, mogło być czymś strasznym, jeśli znało się historię relacji między dwiema osobami z ostatnich sześciu miesięcy. Dwoje bliskich przyjaciół mogło wysyłać sobie wiadomości, które z zewnątrz wyglądały okropnie. Czasami wcale nie trzeba było powiedzieć niczego okrutnego. Celowe wykluczenie kogoś z grupy mogło boleć jeszcze bardziej.
To sprawiło, że zaczęłam mieć znacznie większe opory przed tworzeniem technologii, która twierdziłaby, że potrafi ocenić, czy ktoś zachowuje się życzliwie. Bardziej zainteresowało mnie to, czy możemy przerwać sytuację tuż przed tym, jak ktoś coś wyśle, i dać mu szansę, żeby sam się nad tym zastanowił. W takim podejściu technologia miała znacznie mniejszą władzę, niż początkowo sobie wyobrażałam i właśnie to mi się spodobało.
Nie wiem, czy powiedziałabym, że byłam wtedy bardziej człowiekiem niż naukowcem. Właściwie uważam, że samo rozdzielanie tych dwóch ról jest częścią problemu. Jeśli tworzę coś, co ma kontakt z ludźmi, to rozumienie ludzi jest częścią dobrego uprawiania nauki. Są rzeczy dotyczące przyjaźni między dwojgiem trzynastolatków, których algorytm po prostu nie będzie w stanie wiedzieć. Myślę, że stałam się bardziej gotowa, by się do tego przyznać.
Od dzieciństwa jesteś określana mianem „geniuszki”, „wynalazcy”, a także „Dziecka Roku” magazynu TIME. Czy zdarzały się momenty, kiedy ten publiczny wizerunek był dla Ciebie bardziej ciężarem niż zaletą?
Zdecydowanie. Czasami żartobliwie nazywam to „syndromem dziecięcej aktorki”. Moje życie jest obecne w internecie od czasu, gdy miałam osiem lat, a kiedy jest się tak młodym, bardzo szybko zaczyna się mieć świadomość tego, na jaką wersję siebie ludzie reagują.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie miałam dzieciństwa. Naprawdę je miałam. Ale były momenty, kiedy czułam, że muszę wpasować się w określony schemat. Zastanawiałam się nad tym, jak się ubieram. Zastanawiałam się nad tym, jak mówię. Kiedy występowałam publicznie, dokładnie wiedziałam, w których momentach spodziewam się śmiechu, a w których oklasków. Jeśli ich nie było, zauważałam to. Patrząc z perspektywy czasu, prawdopodobnie zdarzało się, że bardziej zwracałam uwagę na to, jak ludzie na mnie reagują, niż na to, czy mówię dokładnie to, co naprawdę chcę powiedzieć.
Studiowanie na MIT pomogło mi z tego wyrosnąć w sposób, którego się nie spodziewałam. Moi najbliżsi przyjaciele są niezwykle dobrzy w zupełnie różnych dziedzinach. Nikt nie potrzebuje, żebym cały czas była „Gitanjali Rao, wynalazczynią”. Mogę po prostu być ich przyjaciółką. Mogę chodzić na zajęcia, z których jestem słaba. I mogę zmienić zdanie na jakiś temat. Mogę interesować się czymś, co nigdy nie trafi do żadnego artykułu.
Coraz mniej zależy mi na tym, żeby sprawić, by cała sala zareagowała na to, co mówię. Wolę powiedzieć dokładnie to, co mam na myśli, i zaufać, że osoby, które coś w tym odnajdą, rzeczywiście to odnajdą.
Nowy numer już jest!
Czy jest jakiś projekt, którym nigdy się nie podzieliłaś się ze światem, ponieważ ostatecznie uznałaś, że nie powinien być realizowany? Co zdecydowało o rezygnacji?
Od zawsze interesowało mnie zdrowie psychiczne nastolatków. Kiedy byłam w szkole podstawowej, chciałam stworzyć coś, co nazywałam „detektorem szczęścia”. Pomysł polegał na tym, że jeśli ktoś nie czułby się psychicznie dobrze, ale nie mówiłby o tym wprost, to być może technologia mogłaby to w jakiś sposób zauważyć.
Wracałam do tego pomysłu dorastając. W końcu przestał być pomysłem małego dziecka i stał się czymś, co potrafiłam sobie wyobrazić jako rzeczywisty projekt. Można by analizować zmiany w sposobie mówienia lub zachowaniu na przestrzeni czasu. Prawdopodobnie dałoby się znaleźć wzorce, których ludzie sami świadomie nie zauważali.
Co ciekawe, im wyraźniej potrafiłam sobie wyobrazić tę technologię, tym mniej byłam przekonana, że rzeczywiście chcę ją stworzyć.
Ciągle myślałam o tym, jak czułabym się jako piętnastolatka, gdyby system powiedział moim rodzicom albo nauczycielom, co jego zdaniem dzieje się w mojej głowie. A co, jeśli się myli? A co, jeśli ma rację, a ja nie jestem jeszcze gotowa o tym rozmawiać? Kto miałby dostęp do tych informacji? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi, które sprawiłyby, że czułabym się z tym dobrze.
Nie uznałam, że nikt nigdy nie powinien stworzyć czegoś takiego. Właściwie nadal o tym pomyśle myślę. Po prostu doszłam do momentu, w którym moje możliwości stworzenia takiej technologii zaczęły wyprzedzać moją zdolność odpowiedzi na pytanie: co się stanie, jeśli rzeczywiście ją zbuduję. Dla mnie to był wystarczający powód, żeby tego nie robić.
Zastanawiam się, czy uzdolnione dziecko dorastające w małym mieście w Polsce ma dziś rzeczywiście takie same możliwości jak uczeń uczęszczający do dobrze wyposażonej szkoły średniej w Stanach Zjednoczonych. Internet może być dostępny niemal wszędzie, ale nie zapewnia dostępu do laboratorium, nauczyciela, który potraktuje twoje pomysły poważnie. Czego najbardziej potrzebuje utalentowany nastolatek bez pieniędzy i znajomości: lepszego sprzętu, mentora czy pewności siebie?
Powiedziałabym, że mentora. Sprzęt i finansowanie są ważne, ale kiedy jest się młodym, często nawet nie wie się jeszcze, czego właściwie powinno się szukać.
Mentoring ukształtował ogromną część mojego życia. Pisałam do osób, których praca wydawała mi się interesująca, nawet jeśli nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Wiele osób nigdy mi nie odpowiedziało. Niektórzy odpowiedzieli. Mogłam zadać pytanie i nagle zyskać kierunek, którego jeszcze dzień wcześniej nie miałam. Czasami ktoś mówił mi, że zupełnie źle podchodzę do danego zagadnienia i to również było pomocne.
To właśnie powtarzam teraz uczniom: proście o pomoc, kiedy jej potrzebujecie. Nie podoba mi się przekonanie, że naprawdę utalentowane dziecko powinno jakoś samo poradzić sobie ze wszystkim. Skąd nastolatek ma wiedzieć, jak uzyskać dostęp do laboratorium, w którym nigdy wcześniej nie był? Skąd ma wiedzieć, do którego profesora napisać? Ktoś musi mu część tych rzeczy pokazać.
Nie sądzę, żeby nastolatek z małego miasta w Polsce automatycznie miał takie same możliwości jak uczeń dobrze wyposażonej szkoły w Stanach Zjednoczonych. Internet nie zaciera tej różnicy. Ale mentor może pomóc młodemu człowiekowi dostrzec możliwości, których sam nawet nie wiedziałby, że powinien szukać. Mnie ludzie pomagali w ten sposób. To jeden z głównych powodów, dla których tak bardzo zależy mi teraz na tym, żeby robić to samo dla innych uczniów.

Czasami mam wrażenie, że świat uwielbia historie o młodych geniuszach. Patrząc na Twoją drogę, jak sądzisz, który element Twojej historii media lubią nadmiernie eksponować, a który pomijają?
Zdecydowanie mój wiek. „Dwunastolatka stworzyła to” jest znacznie ciekawszym nagłówkiem niż wszystko, co wydarzyło się pomiędzy wpadnięciem na pomysł a stworzeniem czegoś, co rzeczywiście działało.
Byłam bardzo ciekawym świata dzieckiem. Byłam też uparta w kwestiach, na których mi zależało. Mogę to powiedzieć bez problemu. Ale nie urodziłam się z wiedzą o tym, jak zbudować czujnik. Dużo czytałam. Przez połowę czasu nie rozumiałam tego, co czytam, więc sprawdzałam to, czego nie rozumiałam, a potem odkrywałam, że tego również nie rozumiem. Cały czas zadawałam ludziom pytania. W moim życiu byli dorośli, którzy traktowali te pytania poważnie.
Myślę, że w historiach o młodych ludziach często pomija się właśnie ten środkowy etap. Słyszysz, ile ktoś ma lat, a potem słyszysz, co stworzył. W pewnym momencie sam wiek zaczyna tłumaczyć osiągnięcie. Musiał być geniuszem. A jeśli to jest wyjaśnienie, to tak naprawdę nie ma się z tego czego nauczyć.
Mam dwadzieścia lat i, co dziwne, czuję się znacznie mniej kompetentna, niż czułam się w wieku dwunastu lat. W wieku dwunastu lat mogłam uczyć się czegoś przez tydzień i uważać, że już to rozumiem. Teraz mogę spędzić nad czymś kilka miesięcy i w większości wyjść z tego z jeszcze lepszymi pytaniami. Właściwie podoba mi się ta zmiana. Nie czuję już potrzeby bycia tą dziewczynką, która zna odpowiedź.
*Gitanjali Rao – 21- letnia Amerykanka pochodzenia indyjskiego. W 2019 roku doceniono ją w Forbes 30 Under 30 w kategorii Nauka, a w 2020 roku jako pierwsza w historii otrzymała tytuł Kid of the Year magazynu Time. Jej najważniejszymi osiągnięciami są między innymi opracowanie urządzeń do wykrycia ołowiu w wodzie, czy aplikacji do wykrywania cyberprzemocy.
Warto przeczytać: Najlepszy młody matematyk Europy: o tym, czego brakuje polskiej szkole




***
Czytelnicy Holistic News z kodem: PRAWDA3 otrzymują 20% rabatu!
Spotkajmy na Holistic Talk w Cavatina Hall!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: