Nauka
Europa przeżyła 16 wielkich powodzi. Najgorszy był jeden rok
08 września 2026

Megaprojekty budowane w oczekiwaniu na świat po zakończeniu wydobycia ropy naftowej, tworzenie gospodarki, która będzie absolutnie niezbędnym elementem globalnych łańcuchów dostaw, czy „ofensywa technologiczna” wymierającego społeczeństwa, które chce utrzymać dobrobyt – najbardziej ambitne państwa świata szukają pomysłów na swoją przyszłość
Kilometrowy gigant powstaje w Dżuddzie (ang. Jeddah), czteromilionowej metropolii, która znana jest jako „brama do Mekki”. Na razie jego budowniczowie są mniej więcej w połowie, przebijając niedawno poziom 100 pięter. Jeżeli uda im się doprowadzić ten projekt do końca, drapacz chmur z Arabii Saudyjskiej będzie wyższy od słynnej dubajskiej Burdż Chalifa, i to o niemal 200 metrów.
Oczywiście tak naprawdę nie ma konieczności wznoszenia w Arabii Saudyjskiej aż tak wysokich wieżowców. Dżudda to przecież nie Nowy Jork, gdzie każdy metr kwadratowy gruntu kosztuje fortunę. Kilometrowa Jeddah Tower to przede wszystkim projekt marketingowy, który ma przyciągać do Arabii Saudyjskiej wielki biznes i turystów. Megawieżowiec rozsławić ma tzw. Jeddah Economic City, kolejne budowane przez Saudów olbrzymie centrum biznesowe, które ma napędzać ich kraj w przyszłości, gdy „czarne złoto” przestanie wypływać z piasków Arabii.
Wielkie plany na ten czas powstają przede wszystkim w głowie człowieka znanego jako MBS. Muhammad bin Salman, książę koronny Arabii Saudyjskiej, w teorii cały czas czeka na objęcie tronu, ale w praktyce już rządzi tym przebogatym królestwem (jego 90-letni, schorowany ojciec Salman jest wprawdzie królem, ale każdy wie, że to nie on stoi za kluczowymi decyzjami).
To MBS ogłaszał dekadę temu słynny plan Vision 2030, który ma zamienić Arabię Saudyjską z państwa uzależnionego od jednego źródła dochodu w kraj, do którego będą ściągać zagraniczne firmy wabione megaprojektami w rodzaju „The Line”, reklamowanego jako miasto-wieżowiec, długie na 170 km, szerokie na 200 m i wysokie na ponad 500 m. „The Line” to część tzw. Neom, regionu w północno-zachodniej Arabii Saudyjskiej, gdzie MBS buduje wielkie huby logistyczne, ośrodki turystyczno-sportowe, centra przemysłowe i właśnie ów gargantuiczny wieżowiec.
Na pustynię wysłano ogromne ilości sprzętu budowlanego i rzeszę robotników, ale już po kilku latach realizacji Vision 2030 okazało się, że plany Neom muszą zostać zrewidowane w dół. I to bardzo. Nawet kraj, który zarabia na sprzedaży ropy ok. miliarda dolarów dziennie (!), nie jest w stanie sfinansować tak ambitnego planu. Budowa samego „The Line”, w którym miało zamieszkać 9 mln ludzi, wymagałaby przekierowania całego budżetu Arabii Saudyjskiej na ten jeden cel, i to przez co najmniej kilka lat.
Jak pokazał w sierpniu tego roku The Wall Street Journal w swoim reportażu na temat Neom, ten megaprojekt był od początku ręcznie sterowany przez MBS, który chciał olśnić cały świat. Jednak po kilku latach bajeczne plany musiały się spotkać z rzeczywistością…
Choć Neom w swojej pierwotnej formie jest już historią, to Arabia Saudyjska prowadzi jednak dużo bardziej realistycznie brzmiące projekty mające przygotować ją na czasy, gdy petrodolary przestaną gwarantować dobrobyt. Jak wiadomo, centra danych dla modeli AI wymagają dostarczania potężnych ilości energii. Arabia Saudyjska, ze swoją infrastrukturą naftową i połaciami pustyni zamienianymi w wielkie elektrownie słoneczne, to pod tym względem idealne miejsce.
Założona rok temu przez Saudów firma Humain dostała od władz centralnych bardzo ambitne zadanie: za jej sprawą Arabia Saudyjska ma się niedługo stać trzecim największym graczem w sektorze AI, po USA i Chinach. Humain nie ma właściwie większych ograniczeń, jeżeli chodzi o stabilność finansową. Za firmą stoi bowiem Public Investment Fund (PIF), potężny saudyjski fundusz państwowy, który wart jest niemal 1 bilion (tysiąc miliardów) dolarów.
Arabia Saudyjska chce więc powtórzyć sukces Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które od dawna już kojarzą się z wieloma dochodowymi branżami, nie tylko naftową. W mniejszym lub większym stopniu również inne kraje Zatoki Perskiej starają się realizować strategię dywersyfikacji gospodarek w oczekiwaniu na czasy po „końcu” ropy naftowej, ale oczywiście żaden inny kraj regionu nie jest w stanie pozwolić sobie na tak wielkie inwestycje jak właśnie Arabia Saudyjska.
Te wszystkie wielkie plany stoją jednak obecnie pod wielkim znakiem zapytania wobec wciąż nierozstrzygniętej wojny USA i Izraela z Iranem. A jeżeli to Teheran ostatecznie zdobędzie hegemonię w regionie, Saudowie być może będą musieli jeszcze raz zrewidować (i to jeszcze bardziej w dół) swoje wielkie plany.

Położony na krańcu Półwyspu Malajskiego Singapur zbudował swoją potęgę dzięki geografii i śmiałej wizji. Cieśnina Malakka od dekad uchodzi za najbardziej zatłoczone morskie „skrzyżowanie”, a liczący jedynie 4 miliony mieszkańców Singapur leży właśnie na jednym z jej końców. Lee Kuan Yew (1923–2015), pierwszy premier Singapuru, często przedstawiany jako „ojciec” tego państwa-miasta, postanowił uczynić z niego centrum logistyczno-finansowo-przemysłowe, ściągając tu światowych gigantów.
Jednak obecnie, gdy światowe szlaki handlowe nie są już tak pewne jak kiedyś, a napięcia między gigantami gospodarczymi powodują reperkusje w mniejszych krajach, co grozi przenoszeniem się korporacji w bezpieczniejsze miejsca, Singapur dąży do stania się miejscem absolutnie niezbędnym w światowej gospodarce. I to dla każdej ze stron wielkiej geopolitycznej rywalizacji. W związku z niewielką populacją Singapur siłą rzeczy musi stawiać na jakość, a nie na ilość.
W czerwcu tego roku singapurskie władze opublikowały Economic Strategy Review – kompleksowy plan gospodarczy, dzięki któremu ten ambitny kraj ma poprawić swoje miejsce w światowej gospodarce. Centralny punkt w planie zajmuje oczywiście rewolucja AI, ale – w przeciwieństwie do wielu innych państw – singapurskie władze wykonują tu bardzo konkretne ruchy.
Z jednej strony mieszkańcy tego państwa-miasta są aktywnie zachęcani przez władze do ciągłego kształcenia się w posługiwaniu się narzędziami AI (a trzeba pamiętać, że jest to bardzo zdyscyplinowane społeczeństwo), ale z drugiej strony to państwo chce się wspiąć jeszcze wyżej w globalnym „ekosystemie” budowy półprzewodników. Już dziś co dziesiąty mikroprocesor budowany na świecie pochodzi z Singapuru, ale władze tego kraju dążą do poprawy tego wyniku, zachęcając światowych liderów w tym sektorze do budowy fabryk.
Nie dalej jak w lipcu United Microelectronics Corporation, drugi największy tajwański producent półprzewodników (po słynnym TSMC), otworzył w Singapurze swoją fabrykę. Coraz większa rywalizacja między USA i Chinami służy dywersyfikacji w tej dziedzinie i przenoszeniu zakładów produkcyjnych z regionów najbardziej zagrożonych – Singapur może na tym ogromnie zyskać. Jego władze – w pewnym uproszczeniu – dążą do tego, by stać się drugim Tajwanem, czyli miejscem, gdzie buduje się skomplikowane produkty niezbędne również dla wielkich graczy.
Ciekawostką jest tu fakt, że Singapur staje się też swoistą „Mekką” ludzi zafascynowanych wizją ekstremalnego przedłużenia ludzkiego życia. Tutejszy sektor medyczny mocno specjalizuje się w przeróżnych terapiach mających wydłużyć życie, co zostało dostrzeżone przez „guru” tego środowiska, czyli Amerykanina Bryana Johnsona.
Swego rodzaju gestem docenienia tego stanu rzeczy było zorganizowanie przez niego w 2024 r. imprezy pod nazwą… „Don’t Die Summit” (w wolnym tłumaczeniu: „Szczyt nieumierania”). Prestiżowy „Financial Times” donosił w grudniu zeszłego roku: „Singapur stał się modelem dla branży medycznej wyspecjalizowanej w przedłużaniu życia”.
Korea Południowa, jeden z naszych głównych dostawców uzbrojenia, dała się poznać po zakończeniu drugiej wojny światowej jako światowy gigant przemysłowy z renomowanymi markami, takimi jak Samsung, LG, Hyundai czy KIA. Państwo, które tuż po wojnie było jednym z najbiedniejszych rejonów Azji, powtórzyło „cud” gospodarczy Niemiec czy Japonii.
Dziś to globalny potentat nie tylko w dziedzinie wysokich technologii, branży auto-moto, AI czy budowy mikroprocesorów. Seul chce jednak wyjść ze swoimi planami na następne dekady poza te dwa ostatnie obszary, najczęściej pojawiające się w strategiach gospodarczych innych państw.
W połowie sierpnia władze Korei Południowej zaprezentowały plan, który w światowych mediach powszechnie oceniany jest jako wyjątkowo ambitny. Program ten, ogłoszony przez prezydenta Lee Jae Myunga, nazwany został po angielsku inicjatywą „7 SEED (Strategic Emerging Engines for Disruptive Innovation) Projects” („seed” to po angielsku „ziarno”).
Jeżeli uda się go zrealizować, Korea Południowa będzie w stanie rywalizować ze światowymi potęgami na kolejnych polach gospodarczych. W ramach tej inicjatywy Seul zamierza do 2030 r. dokonać lądowania na Księżycu, do 2029 r. zbudować potężny komputer kwantowy (maszyna o mocy obliczeniowej nieporównanie większej od „tradycyjnych” komputerów), ale ma także wprowadzić na rynek w perspektywie dekady interfejsy łączące bezpośrednio ludzki mózg z komputerem.
W planie tym uwzględniono również m.in. rozwijanie technologii fuzji jądrowej, reaktorów typu SMR, a także pozyskiwanie krytycznie ważnych dla przemysłu rzadkich minerałów.
Minister nauki Korei Południowej, Bae Kyung-hoon, tak podsumował te projekty: „Będziemy pomagali rosnąć tym ziarnom, by zbudować dzięki nim Koreę Południową, z którą nikt nie będzie w stanie rywalizować w perspektywie 10 czy 20 lat”.
Koreańczycy z Południa wiedzą, że w kolejnych dekadach może im zabraknąć sił, by przestawić gospodarkę na nowe tory – ich społeczeństwo starzeje się najszybciej na świecie. Czas nie gra na ich korzyść, więc jak najszybciej chcą zrealizować ultraambitne plany, dzięki którym katastrofa demograficzna nie będzie dla nich aż tak dotkliwa.
Przeczytaj również: Imperia przemijają, problem zostaje. Cena terytorium na końcu świata
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: