Edukacja
Największa luka edukacyjna w Polsce. Szansa dla 10 milionów osób
29 lipca 2026

Przez dekady świat patrzył na USA jak na katalog sukcesu: wolność, nowoczesność, hollywoodzki blask. Dziś ten katalog żółknie. Chiny coraz skuteczniej sprzedają własną opowieść o przyszłości, od superszybkich kolei i TikToka po Labubu. Miękka wojna o globalne wpływy wchodzi właśnie w nową fazę.
Amerykańscy specjaliści od „soft power” („miękkiej siły”) musieli być zszokowani, bo takich wyników jeszcze nigdy nie zanotowano. W połowie lipca opublikowano wyniki sondażu Pew Research, które pokazywały, że spośród 36 ważnych państw świata Ameryka po raz pierwszy w historii tych badań (prowadzonych od 20 lat) przegrywa z Chinami pod względem wizerunku.
W 25 z 36 badanych krajów respondenci mają lepsze zdanie o Państwie Środka niż o ojczyźnie Wuja Sama. Średnio już 46 proc. badanych wyraża pozytywny stosunek do Chin, a tylko 36 proc. do USA. Już w zeszłym roku te krzywe były bardzo bliskie przecięcia, a przecież jeszcze w 2023 r. dane wyglądały zupełnie inaczej – 58 proc. dla USA i tylko 32 proc. dla Chin.
W badaniu uwzględniono ważne państwa z różnych regionów świata, m.in. Pakistan, Meksyk, Polskę, Niemcy, Indie, Nigerię i Japonię. Również w Polsce widać zmianę w postrzeganiu obu państw, ale wciąż to USA są przez Polaków lepiej oceniane niż Chiny; pozytywna ocena USA w Polsce – 49 proc, pozytywna ocena Chin – 39 proc.
Z kolei w Global Soft Power Index 2026 USA nadal zajmują pierwsze miejsce, choć odnotowały największy spadek spośród 193 badanych marek narodowych. Chiny są drugie i po raz pierwszy wyprzedziły USA w kategorii reputacji (przyp. red.)
Te rezultaty pokazują do pewnego stopnia, jak dużo wysiłku włożyły Chiny w rozciąganie swojej soft power – m.in. poprzez oddziaływanie kulturowe i wpływy ekonomiczne w Afryce, obu Amerykach i innych zakątkach świata
– oceniał wyniki sondażu The New York Times.
Rosnąca biegłość Chin w wykorzystaniu „soft power” jest istotna, ale główna przyczyna tkwi w samej Ameryce, a konkretnie – w Białym Domu. Ta bardzo istotna zmiana sondażowa, pokazująca, jak upada amerykańska „soft power”, czyli zdolność do wpływania na innych bez sięgania po „twarde” argumenty przymusu, jest oczywiście spowodowana przede wszystkim bezpardonową polityką Donalda Trumpa.
Nigdzie lepiej tego nie widać niż w bezpośrednim sąsiedztwie USA. Z badania Pew Research wynika, że nie tylko Meksykanie – z powodów historycznych zazwyczaj dość sceptyczni wobec Ameryki – ale również Kanadyjczycy bardziej pozytywnie oceniają Chiny niż USA. I właśnie na przykładzie Kanadyjczyków widać świetnie, jak rujnowanie amerykańskiej „soft power” przekłada się na „twardą” politykę.
W zeszłorocznych wyborach w Kanadzie rządzący od lat liberałowie mieli ponieść spektakularną klęskę i oddać władzę konserwatystom, ale wtedy do akcji włączył się Donald Trump, twierdząc m.in., że Kanada powinna być przyłączona do USA jako kolejny stan.
Te niezbyt pochlebne opinie na temat wartości Kanady jako państwa sprawiły, że Kanadyjczycy nie tylko zwyczajnie wściekli się na Amerykanów, ale także pokazali swoje nastroje przy urnach wyborczych. Jak? Stawiając właśnie na liberałów, którzy zapowiadali opór wobec Ameryki Trumpa, a nie na konserwatystów, którzy siłą rzeczy stanowiliby dla Trumpa lepszych partnerów.
Zachowanie lidera państwa, który w ogromnym stopniu kształtuje postrzeganie swojego kraju za granicą – jeden z najistotniejszych elementów budowania „soft power” – przełożyło się tu na problem dla Waszyngtonu. Premier Kanady Mark Carney wielokrotnie pokazał już przecież, że Biały Dom będzie miał z nim kłopot. A wystarczyło dbać o swoją „soft power”, która przyciąga innych, a nie ich odpycha.

Ten termin po raz pierwszy pojawił się w debacie publicznej w 1991 r. za sprawą prof. Josepha Nye’a, politologa z Uniwersytetu Harvarda, który był nie tylko teoretykiem, ale i praktykiem – pracował w kolejnych amerykańskich administracjach. Wraz z końcem zimnej wojny wprowadził on rozróżnienie na „hard power” i „soft power”. Nye przekonywał, że Ameryka powinna oddziaływać na świat przede wszystkim „miękkimi” środkami, takimi jak jej kultura, biznes i model polityczny, by inne państwa i społeczeństwa były bardziej skłonne włączyć się w działania, które realizowałyby amerykańskie interesy.
Oddajmy głos Nye’owi, który w swoim głośnym tekście Public diplomacy and soft power tak wyjaśniał to pojęcie: „Soft power to zdolność wpływania na innych w celu osiągnięcia pożądanych rezultatów poprzez atrakcyjność, a nie przymus czy zapłatę. Soft power danego państwa opiera się na jego zasobach kulturowych, wartościach i prowadzonej polityce. Strategia inteligentnej siły (smart power) łączy zasoby hard i soft power. Dyplomacja publiczna ma długą historię jako środek promowania potęgi miękkiej i odegrała kluczową rolę w zwycięstwie w zimnej wojnie”.
Teoria „soft power” opiera się więc na trzech filarach: atrakcyjnej kulturze, uniwersalnych wartościach politycznych (m.in. dbałości o wolności obywatelskie) i wyważonej polityce zagranicznej, która po argument siły sięga w ostateczności.
Nye był wielkim zwolennikiem „miękkiego” oddziaływania i rzeczywiście Ameryka w ciągu dwóch dekad po zakończeniu zimnej wojny święciła triumfy na polu kultury i biznesu, co doskonale pamiętają Polacy. Nasz kraj był wręcz skrajnym przypadkiem sukcesu amerykańskiej „soft power”, kiedy w latach 90. niemal cały kraj „zakochał się” w USA.
McDonald’s stał się u nas synonimem pysznego – i ekskluzywnego – jedzenia, amerykańskie filmy zdominowały nasze wypożyczalnie wideo, samochody „Made in U.S.A.” kojarzyły się ze szczytem luksusu, a amerykańska flaga symbolizowała wolność, której Polacy łaknęli przez niemal pięć dekad PRL.
W innych krajach można było obserwować podobne reakcje. Ameryka, zwycięzca zimnej wojny, miała świetną „prasę”, biedniejsze kraje zachłystywały się jej kulturą, a żołnierze Wuja Sama nie musieli interweniować, by amerykańskie wpływy rozszerzały się niemal na cały glob.

Czy dziś, w świecie po końcu amerykańskiej hegemonii, do którego wróciła naga, twarda siła (co widzimy świetnie na Ukrainie), „soft power” wciąż jest atrakcyjną alternatywą? Przykład Chin pokazuje, że ten element wciąż jest uważany za bardzo istotne uzupełnienie oddziaływania „twardymi” metodami.
Ten wielki rywal USA już 20 lat temu sygnalizował, że będzie rozwijał swoją „soft power”. Już w 2007 r. ówczesny lider ChRL Hu Jintao ogłosił na 17. Zjeździe Chińskiej Partii Komunistycznej, że Państwo Środka będzie inwestowało większe środki w „miękkie” narzędzia oddziaływania na świat. Elementem realizacji tej strategii było m.in. wykładanie miliardów dolarów na chińskie media o zasięgu globalnym.
W ten sposób 10 lat temu powstała potężna China Global TV Network (CGTN), nadająca w pięciu globalnych językach – po angielsku, hiszpańsku, arabsku, francusku i rosyjsku. W tym samym czasie jak na drożdżach rosła sieć Instytutów Konfucjusza – sponsorowanych przez Pekin placówek, które mają krzewić za granicą kulturę chińską głównie poprzez naukę języka chińskiego. Również w Polsce zostały otwarte takie instytuty.
Jednak w przypadku Chin było to o tyle trudne, że państwo to niezbyt kojarzy się z wolnością, a tamtejszy model polityczny blado wypadał na tle tego wszystkiego, co stoi za Statuą Wolności.
Sytuacja zmieniła się wraz z rozwojem gospodarczym Chin. Bardzo nowoczesne chińskie metropolie, połączone superszybką koleją, robiły wrażenie na całym świecie. W tym samym czasie amerykańskie miasta przeżywały coraz głębsze problemy społeczne, czego najbardziej widocznym efektem jest rzesza bezdomnych uzależnionych od fentanylu.
Dodajmy do tego jeszcze głębokie podziały polityczne w USA, wielkie manifestacje obu stron zwiastujące kryzys państwa i opowieści o ciężkim życiu „zwykłych” Amerykanów, którzy tracą pracę w zakładach przenoszonych do Azji. Szczególnie na tzw. Globalnym Południu zderzenie tych dwóch rzeczywistości – rozpędzonych Chin i łapiącej zadyszkę Ameryki – sprawia, że kwestie polityczno-wolnościowe schodzą na drugi plan. Tym bardziej jeżeli prezydent USA co rusz pokazuje, że dla niego liczy się tylko naga siła pozwalająca rozstawiać innych po kątach.
Chińczycy swoją „soft power” opierają głównie na swoim sukcesie gospodarczym. „Moc przyciągania” ma się opierać na potencjale chińskich inwestycji rozwojowych, które są realizowane m.in. w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku. Mieszkańcy biednych państw Afryki, Azji i Ameryki Południowej mogą wciąż oglądać hollywoodzkie hity, w których USA wyglądają bardzo atrakcyjnie, ale wyglądając za okno, widzą autostrady, elektrownie i fabryki budowane przez Chińczyków, którzy mówią im: „Róbcie z nami biznes i bogaćcie się, a my – w przeciwieństwie do Zachodu – nie będziemy wam narzucać obcych wartości”.
Jednak Chiny starają się też oddziaływać na świat na niwie kulturowej. Pewnym zwiastunem tego trendu była superprodukcja Wielki Mur z Mattem Damonem w roli głównej. Stali za nią Chińczycy, którzy zadbali o to, by ich państwo zostało tam pokazane jak najlepiej – jako potężna cywilizacja, która broni reszty świata przed wielkim zagrożeniem.
Ostatnio The New York Times zwrócił uwagę na ciekawe zjawisko – tzw. dyplomację Labubu. Pluszak o kontrowersyjnym wyglądzie podbił świat, co do pewnego stopnia może przypominać ekspansję lalki Barbie (co też było doskonałym elementem amerykańskiej „soft power”). Przynoszące istną fortunę chińskim właścicielom Labubu jest oczywiście wychwalane przez władze.
Puchaty, dziewięciozębny elf stworzony przez chińskiego producenta zabawek Pop Mart stał się flagowym przykładem tego, jak chińska popkultura rozchodzi się na świat.
– oceniał w zeszłym roku People’s Daily chiński państwowy dziennik wydawany również w języku angielskim.
Jeżeli przejrzymy media społecznościowe, szczególnie TikTok, zobaczymy, jak powszechny jest tzw. Chinamaxxing, czyli zachwycanie się chińskim sposobem życia, m.in. rytuałem picia zielonej herbaty. To fenomen, który jest coraz bardziej wyraźny. Do Chin ściągają też tłumy influencerów z Zachodu, którzy odkrywają, jak niesamowicie rozwinięta jest chińska infrastruktura i jak nowoczesne stało się to państwo.
Przykładem może tu być wizyta bardzo popularnego amerykańskiego influencera IShowSpeeda. Nie mógł się on przestać zachwycać chińskimi superszybkimi pociągami, osiągającymi prędkość powyżej 300 km/h, dzięki którym można zjeździć Państwo Środka wzdłuż i wszerz (w USA nie ma ani kilometra takich tras).
Amerykanie już ustępują miejsca Chinom w kwestiach gospodarczych. A przecież siła gospodarcza pozostaje jednym z kluczowych składników potęgi państwa”. Jeżeli dojdzie do tego jeszcze klęska na niwie „soft power”, Waszyngton znajdzie się w prawdziwych opałach.
Przeczytaj również: Notatki z Chin
Nowy numer już jest!
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: