Nauka
„Z tamtymi nie da się gadać”. Tak napędzamy ten podział
28 października 2026

Rola rodziców w edukacji nie kończy się na wyborze szkoły ani pomocy w odrabianiu lekcji. Domowe nawyki, rodzinne relacje i sposób korzystania z technologii wpływają na to, jak dzieci się uczą, odpoczywają i radzą sobie z trudnościami. Warto więc przyjrzeć się temu, co dzieje się poza szkolną klasą i jak przekłada się na wyniki uczniów.
Polskie szkoły niepubliczne regularnie zajmują wysokie miejsca w rankingach opartych na wynikach egzaminu ósmoklasisty. Dane za 2025 rok pokazują na przykład, że znacznie częściej niż szkoły publiczne osiągały bardzo wysokie mediany wyników. Tyle że sam ranking nie odpowiada na najważniejsze pytanie: ile w tym zasługi szkoły, a ile efektu tego, jacy uczniowie do niej trafiają.
A selekcja ma ogromne znaczenie. Dane PISA pokazują, że w Polsce różnica między uczniami o wysokim i niskim statusie społeczno-ekonomicznym wynosi aż 82 punkty. Rodzina, która wybiera płatną szkołę, przechodzi proces rekrutacji, organizuje codzienne dojazdy, uważnie analizuje program i jest gotowa co miesiąc przeznaczać na edukację kilka tysięcy złotych, nie jest przecież statystycznie przeciętną rodziną. To grupa wyraźnie wyselekcjonowana, zarówno pod względem możliwości finansowych, jak i zaangażowania w edukację dziecka.
Skalę tego zjawiska dobrze pokazują międzynarodowe wyniki PISA 2022. Na pierwszy rzut oka uczniowie szkół prywatnych w większości badanych systemów osiągali lepsze wyniki z matematyki. Kiedy jednak uwzględniono status społeczno-ekonomiczny ucznia oraz środowisko całej szkoły, obraz się zmienił. Średnio w krajach OECD to uczniowie szkół publicznych uzyskiwali wynik wyższy o około 11 punktów. Przewaga szkół publicznych pojawiała się w 22 systemach edukacyjnych.
Nie znaczy to oczywiście, że prywatna szkoła nie ma nic do zaoferowania. Może zapewniać mniejsze klasy, sprawniejszą komunikację z rodzicami, większą elastyczność organizacyjną, dodatkowy język, bogatszą ofertę zajęć czy szybszą reakcję na pojawiające się trudności. To wszystko może mieć realną wartość. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy z wysokich wyników egzaminacyjnych automatycznie wyciągamy wniosek o wyższej jakości nauczania. Płacąc za szkołę prywatną, kupujemy bowiem cały pakiet warunków i wybieramy wyselekcjonowane środowisko. Same wyniki nie dowodzą jeszcze, że kupujemy lepszą pedagogikę.
Łatwo obarczyć winą za trudności szkołę albo smartfon. Tymczasem dane pokazują, że jednym z najważniejszych czynników związanych z edukacyjnymi osiągnięciami dziecka pozostaje jego dom rodzinny.
W badaniach międzynarodowych środowisko rodzinne opisuje się znacznie szerzej niż tylko przez sytuację materialną. Znaczenie mają między innymi wykształcenie i zawód rodziców. Liczy się też obecność książek w domu, kultura czytania, oczekiwania wobec edukacji, możliwość uzyskania pomocy, warunki do nauki czy sposób spędzania wolnego czasu. Są to elementy, które razem tworzą codzienny kontekst rozwoju dziecka, wpływają na jego język, nawyki, aspiracje i stosunek do nauki.
Podobny obraz wyłania się z badań TIMSS i PIRLS, i to już na poziomie czwartej klasy. Wyniki dzieci są związane zarówno z zasobami dostępnymi w domu, jak i z cechami środowiska rodzinnego. Nieprzypadkowo w badaniach PIRLS tak dużą rolę odgrywają ankiety wypełniane przez rodziców. Jeśli chcemy zrozumieć, skąd biorą się różnice w umiejętnościach czytelniczych dzieci, nie wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się w klasie. Trzeba również zajrzeć do domu.
Rodzice, poprzez konkretne decyzje albo po prostu zasady panujące w domu, współtworzą środowisko, w którym nastolatek funkcjonuje każdego dnia. To od nich w dużej mierze zależy, czy telefon leży przy łóżku o pierwszej w nocy, czy zostaje na noc w innym pomieszczeniu. Rodzice mają wpływ na to czy wspólny posiłek jest okazją do rozmowy. Od nich zależy czy dziecko widzi dorosłych z książką. A także to, czy nuda jest czymś dopuszczalnym, czy każdą wolną chwilę trzeba natychmiast wypełnić ekranem. Podobnie jest ze snem, ruchem czy sposobem reagowania na niepowodzenia: czy porażka oznacza rezygnację, natychmiastowe szukanie kogoś, kto rozwiąże problem za dziecko, czy raczej kolejną próbę.
To nie są nieistotne szczegóły codziennego życia. Badanie HBSC prowadzone pod auspicjami WHO/Europe pokazuje, że młodzi ludzie, którzy mogą liczyć jednocześnie na silne wsparcie rodziny i rówieśników, deklarują lepszy dobrostan psychiczny. Jednocześnie między 2018 a 2022 rokiem odsetek nastolatków deklarujących wysoki poziom wsparcia ze strony rodziny spadł w badanych krajach z 73 do 67 proc.
Szczególnie interesujący jest przy tym pewien paradoks: zapewnienie dziecku wielu możliwości nie musi automatycznie oznaczać stworzenia mu dobrego środowiska rozwoju. Rodzic może zadbać o własny pokój dla dziecka, zajęcia dodatkowe, prywatną szkołę, dostęp do technologii i bogatą ofertę rozrywki. A jednocześnie pozostawić dziecko przez wiele godzin sam na sam z cyfrowym środowiskiem. Skonstruowanym tak, by jak najdłużej zatrzymywać uwagę użytkownika.
Na tym właśnie polega główna trudność w określeniu roli rodziców w edukacji. Rodzice mają dziś znacznie większy dostęp do wiedzy o edukacji i rozwoju dziecka, a także do narzędzi, które mają ten rozwój wspierać. Jednocześnie po raz pierwszy muszą na taką skalę konkurować o jego uwagę z cyfrowym środowiskiem dostępnym przez całą dobę.
Dane NASK dobrze pokazują tempo tej zmiany. Deklarowany przez młodzież średni czas korzystania z internetu wzrósł z około 3 godzin i 40 minut dziennie w 2017 roku do 4 godzin i 12 minut w 2019, 4 godzin i 50 minut w 2021 oraz 5 godzin i 36 minut w 2023 roku. W weekendy przekraczał już sześć godzin dziennie. Podstawowym urządzeniem dostępu do sieci jest przy tym smartfon.
Rodzic sprzed dwóch dekad nie musiał w takim stopniu świadomie tworzyć dziecku warunków do skupienia. Cisza, nuda i okresy bez nieustannego dopływu nowych bodźców pojawiały się w codziennym życiu niejako same. Dzisiaj trzeba je coraz częściej organizować.
I być może właśnie na tym polega jedna z najważniejszych zmian między dzieciństwem dzisiejszych uczniów a dzieciństwem ich rodziców. Brak decyzji także stał się decyzją. Jeśli dorośli nie ustalają żadnych reguł korzystania z technologii, przestrzeń tę wypełniają aplikacje i platformy. A ich interes nie musi być zgodny z interesem dziecka. Rodzicielstwo wymaga więc nie tylko zapewniania dzieciom możliwości, lecz także świadomego kształtowania środowiska, w którym z tych możliwości korzystają.
WHO zwraca uwagę zarówno na korzyści płynące z technologii, jak i na ryzyko problemowego korzystania z niej czy cyberprzemocy. To rozróżnienie jest ważne. Dwie godziny spędzone na programowaniu, rozmowie z kolegą, oglądaniu filmu dokumentalnego i bezmyślnym przewijaniu krótkich filmów w statystyce mogą wyglądać tak samo. Jako „dwie godziny przed ekranem”. Z punktu widzenia poznawczego są to jednak zupełnie różne aktywności.
Doba ma 24 godziny. Jeśli czas spędzany w sieci wydłuża się o kilka godzin, coś musi zostać z niej wypchnięte. Może to być sen, ruch, lektura, rozmowa, zabawa, spotkania z rówieśnikami albo zwykła bezczynność. Szwedzki rząd, uzasadniając zmianę podejścia do ekranów, zwracał uwagę, że nastolatki w wieku 13–16 lat spędzały przed nimi średnio około 6,5 godziny dziennie poza czasem szkolnym. Wskazywano przy tym właśnie na to, że czas ekranowy wypiera sen, aktywność fizyczną i bezpośrednie relacje społeczne.
Związek korzystania z ekranów ze snem jest dobrze udokumentowany. W przeglądach badań nad dziećmi i młodzieżą więcej czasu przed ekranem najczęściej wiązało się z późniejszym zasypianiem i krótszym snem. Badania eksperymentalne pokazują z kolei, że ograniczenie snu u nastolatków pogarsza przede wszystkim czujność i zdolność dłuższego utrzymania uwagi. Część badań wskazała również pogarszającą się pamięć roboczą, tempo przetwarzania informacji i nastrój. Jednocześnie zależność między samą liczbą godzin snu a wynikami szkolnymi nie jest prosta. Znaczenie mają także regularność snu i jego jakość.
To ważne, gdy próbujemy interpretować rzekomy „spadek zdolności”. Niewyspany piętnastolatek może mieć wiedzę i wysokie możliwości poznawcze, a jednocześnie nie być w stanie w pełni z nich skorzystać podczas lekcji, nauki czy testu.
Drugi problem dotyczy nie tyle liczby godzin, ile ciągłego przerywania. Smartfon umożliwia niemal nieustanne przełączanie się między zadaniem, komunikatorem, filmem, grą, powiadomieniem i wyszukiwarką. Każda z tych czynności może trwać krótko, ale razem tworzą środowisko, w którym skupienie jest raz po raz rozbijane.
PISA 2025 przynosi w tym kontekście niepokojące dane z Polski. 41 proc. polskich piętnastolatków deklaruje, że podczas większości lub wszystkich lekcji nauk przyrodniczych uczniowie bywają rozpraszani przez urządzenia cyfrowe. Średnia OECD wynosi 28 proc.
Co więcej, polscy uczniowie deklarowali około 1,6 godziny dziennie rekreacyjnego korzystania z urządzeń cyfrowych w samej szkole, wobec około 1,1 godziny średnio w OECD. Jednocześnie tylko 18 proc. polskich piętnastolatków uczęszczało do szkół, w których obowiązywał pełny zakaz używania telefonów na terenie placówki, przy średniej OECD wynoszącej 49 proc.
Generatywna sztuczna inteligencja dodaje do tego jeszcze jeden wymiar. PISA 2025 pokazuje, że 55 proc. polskich piętnastolatków korzysta z chatbotów AI do nauki co najmniej raz w tygodniu, wobec 46 proc. średnio w OECD.
Najciekawsze jest jednak nie samo to, jak często uczniowie korzystają z AI, lecz do czego jej używają. Dane OECD wskazują, że uczniowie wykorzystujący AI do zastępowania konkretnych czynności szkolnych, na przykład streszczania tekstu czy przygotowywania wypowiedzi, przeciętnie uzyskiwali słabsze wyniki z nauk przyrodniczych. Jednocześnie samo umiarkowane korzystanie z narzędzi AI nie wiązało się z gorszymi rezultatami. Za to umiejętne posługiwanie się nimi może przynosić korzyści.
Nie wynika z tego, że AI obniża inteligencję. Rozstrzygający jest sposób jej używania. Może pomagać zrozumieć trudne zagadnienie, zadawać pytania, podsuwać przykłady i wspierać samodzielne dochodzenie do rozwiązania. Może jednak również przejąć tę część pracy, która jest dla uczenia się najważniejsza: samodzielne formułowanie myśli, porządkowanie informacji, pisanie, poprawianie błędów itd.
To kluczowa różnica między AI a technologiami poprzednich pokoleń. Telewizja przede wszystkim zabierała czas. AI może dodatkowo przejąć część pracy. Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: czy AI pomaga dziecku myśleć, czy coraz częściej myśli za nie?
Dlatego program usunięcia smartfonów w trakcie lekcji ma sens, gdyż polscy uczniowie nawet w szkole spędzają z telefonami więcej czasu niż ich rówieśnicy. Tym bardziej potrzebni są rodzice, którzy będą wiedzieli, co się dzieje i jak reagować.
Środowisko, w którym dorastają dziś dzieci, coraz częściej skupia się na tym, co natychmiastowe. Streaming, krótkie filmy, gry rozwijane bez końca, komunikatory i treści dobierane przez algorytmy sprawiają, że niemal w każdej chwili można dostać nowy bodziec, nową porcję rozrywki albo odpowiedź. Nuda trwa tyle, ile potrzeba, żeby sięgnąć po telefon.
Szkoła działa dokładnie odwrotnie. Matematyka, przeczytanie dłuższej książki, nauka gry na instrumencie czy rozwiązanie trudnego zadania wymagają cierpliwości. Najpierw jest wysiłek, znużenie, czasem frustracja, a dopiero później pojawia się satysfakcja.
Jeżeli każdą chwilę nudy można przerwać jednym ruchem palca, trudniej ćwiczyć skupienie. Gdy nieciekawą czynność można w każdej chwili porzucić na rzecz czegoś bardziej atrakcyjnego, trudniej nauczyć się wytrwałości. Jeżeli odpowiedź jest zawsze pod ręką, mniej jest sytuacji, w których trzeba samemu szukać rozwiązania, próbować kolejny raz i znosić chwilowe poczucie bezradności.
W edukacji ma to znaczenie fundamentalne, bo uczenie się bardzo często zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się wygoda. Trzeba przeczytać coś drugi raz, poprawić błąd, zrobić kolejne zadanie, mimo że poprzednie się nie udało, albo przez kilkanaście minut utrzymać uwagę na czymś, co nie dostarcza przyjemności.
Dane PISA pokazują, że polscy uczniowie mają problem właśnie z tym obszarem. Tylko około 29 proc. deklaruje, że często lub bardzo często planuje sposób uczenia się, wobec około 37 proc. średnio w OECD. Około 45 proc. sprawdza, czy rzeczywiście rozumie materiał, przy średniej OECD wynoszącej 49 proc. Polscy uczniowie rzadziej niż ich rówieśnicy z innych krajów OECD zwracają się też do nauczyciela po pomoc. To wszystko składa się na słabszą umiejętność samodzielnego organizowania własnej nauki.
Zaangażowany rodzic daje dziecku premię, której pieniądze nie kupią, choć te naturalnie mogą być pomocne w procesie edukacji. Ograniczenie używania smartfonów w szkołach jest uzasadnione, bo polscy uczniowie korzystają z nich częściej niż ich rówieśnicy w innych krajach. Co gorsza, telefon zaczyna za nich myśleć.
Negatywny wpływ technologii jest natomiast dyskusyjny. Bezspornie szkodliwy jest nieograniczony dostęp do technologii, który zaburza rytm dnia. Odbiera dzieciom sen, czas na sport i koncentrację, zawiesza je w wiecznym „teraz”. Odbiera im wreszcie czas spędzany ze znajomymi i rodzicami, prowadzi do alienacji i innych szkód psychicznych. To odrębny i narastający problem.
Ostatecznie ważniejsze są zdrowie dziecka i jakość funkcjonowania rodziny niż dwa punkty w tę czy we w tę w PISA albo innym badaniu. Dlatego rola rodziców w edukacji ucznia jest kluczowa.
Łatwo nam utyskiwać na durną szkołę i nauczycieli, beznadziejny system, AI, smartfony i co tam jeszcze. Złe wyniki uczniów, ich pogarszający się stan psychiczny, przemoc w szkole są lustrem, które te dzieciaki stawiają przed nami. Nie wypierajmy tego, argumentując, że to TikTok. Zwłaszcza że zasady dotyczące ekranów, rozrywki i AI nie dotyczą przecież tylko dzieci. Całe społeczeństwa osuwają się w to samo szaleństwo. Dzieci tylko szkoda bardziej, bo wobec rzeczywistości są bardziej bezradne od dorosłych.
Przeczytaj także: Małe szkoły, wielkie zdolności. Tak chcą szukać talentów w polskich szkołach
Życzymy udanych zakupów!
Redakcja
Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę: