Resi Capital - Deweloper miejskiej przyszłości

Małe grupy, wielka polityka. Jak mniejszości zdobywają wpływy

Przedstawiciele kubańskiej diaspory przed Kapitolem USA – wpływ mniejszości na politykę i wybory.

Polityczna siła diaspor rzadko wynika wyłącznie z liczebności. Ważniejsze bywają koncentracja w kluczowych okręgach, wysoka frekwencja, sprawne organizacje, finansowanie kampanii i zdolność skupienia wyborców wokół jednego postulatu

Marco Rubio gra o Kubę

Nigdy wcześniej nie byli tak blisko „ucha” prezydenta. Od półtora roku ich człowiek współkształtuje główne zręby polityki zagranicznej USA i wygląda na to, że niewiele dzieli ich od osiągnięcia celu, o którym marzą od ponad 60 lat. Dlatego Kubańczycy żyjący w USA i ich bezpośredni potomkowie, którzy wciąż czują się związani z tą piękną karaibską wyspą, z taką nadzieją patrzą na starania Marco Rubio, sekretarza stanu USA, który równolegle pełni funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego.

To on stoi za nową polityką „maksymalnej presji” na reżim w Hawanie, którą gremialnie popiera diaspora kubańska z USA. Polityka Rubio jest „owocem” wielu dekad starań kubańskich imigrantów do USA, którzy na wiele różnych sposobów starali się wpływać w tej kwestii na Waszyngton.

Kampania »maksymalnej presji« prowadzona przez sekretarza stanu USA to kulminacja jego osobistej krucjaty, która trwa już od dekad

– ocenia The Guardian w swoim niedawnym tekście nt. roli tego syna kubańskich imigrantów w zacieśnianiu przez administrację Trumpa pętli sankcji wokół reżimu Castro.

Cytowany przez brytyjski dziennik anonimowy znajomy Rubio z czasów, kiedy działał on w lokalnej polityce na południu Florydy, podkreśla, że dla sekretarza stanu USA „wszystkie drogi prowadziły w kierunku Kuby”.

Wpływ mniejszości na politykę? Miami pokazuje, jak to działa

W USA żyje ponad 2 mln imigrantów z Kuby, którzy przybywali do Ameryki w większych i mniejszych falach od końca lat 50. Zdecydowana większość z nich mieszka w stanie, który pod względem klimatu i przyrody jest właściwie bliźniaczo podobny do ich dawnej ojczyzny. W końcu Kubę od Florydy dzieli zaledwie 150 km.

Amerykańscy Kubańczycy to bardzo zdyscyplinowany elektorat (przy urnach stawia się ich procentowo ok. 1/3 więcej niż np. wyborców pochodzenia meksykańskiego), a ich koncentracja na Florydzie, w jednym z kluczowych tzw. „swing states”, dysponującym aż 30 głosami elektorskimi, sprawia, że mają nieproporcjonalnie duży (zważywszy na wielkość swojej populacji) wpływ na politykę USA.

Zwłaszcza gdy rządzą republikanie, na których tradycyjnie głosuje lwia część kubańskich Amerykanów (w 2024 r. na Trumpa zagłosowało 70 proc. tych wyborców mieszkających w rejonie Miami). Trump wielokrotnie obiecywał wyborcom pochodzenia kubańskiego, że nikt inny nie będzie równie stanowczy wobec reżimu Castro i głos na niego przybliża usunięcie komunistycznej dyktatury. Gdyby nie ta koncentracja w jednym kluczowym stanie, wpływ Kubańczyków na politykę Waszyngtonu nie byłby tak silny – ich interesy byłyby „rozpuszczone” w „morzu” amerykańskich wyborców.

Zoe Hovde z Illinois Wesleyan University pisze w swojej pracy, że kubańskiej diasporze w USA udało się stworzyć machinę polityczną, która jest w stanie ustawiać priorytety polityki zagranicznej USA.

Starsza społeczność, która wyemigrowała za czasów reżimu [Fidela] Castro, wykorzystała swoją siłę polityczną, wysuwając żądania wprowadzenia restrykcji handlowych i dotyczących podróży, co było utrzymywane w mocy przez wiele lat

– pisze Hovde.

Starszy mężczyzna w słomkowym kapeluszu pali cygaro na tle zabudowań
Fot. Depositphotos

Polityczna siła mniejszości: liczby to nie wszystko

Wygląda na to, że kubańska diaspora z USA dopina swego: najpierw w styczniu Trump usunął dyktatora Wenezueli, który wspierał Kubę półdarmową ropą naftową, a następnie odciął reżim Castro od niemal wszystkich innych źródeł zaopatrzenia w paliwo. Ta polityka to kulminacja kilku dekad zabiegów lobby antycastrowskiego w USA (główną rolę odgrywa tu m.in. Cuban American National Foundation), które wzywało do jak najściślejszego przestrzegania embarga nałożonego na Kubę jeszcze w czasach zimnej wojny.

Waszyngton po kryzysie kubańskim zobowiązał się w układzie z Moskwą, że w zamian za wycofanie z karaibskiej wyspy sowieckich rakiet z głowicami atomowymi nie zaatakuje reżimu, jednak dekady lobbingu ze strony kubańskiej diaspory zrobiły swoje: Trump ewidentnie poczuł, że USA powinny w końcu „zagłodzić” reżim komunistyczny i skończyć ten rozdział historii.

W Turcji prawica, w Niemczech lewica

W Europie Zachodniej największy wpływ na politykę szeregu państw mają z oczywistych względów mniejszości pochodzące z państw muzułmańskich. Proces ten na dobre zaczął się jeszcze w latach 60. XX w., gdy czołowe europejskie państwa przemysłowe, przede wszystkim Niemcy i Francja, zaczęły przyjmować tzw. gastarbeiterów – przybyszów z państw muzułmańskich, którzy mieli zaspokoić palący głód rąk do pracy, ale w dłuższej perspektywie mieli wrócić do swoich ojczyzn.

W tym ostatnim punkcie plan wykorzystania „gastarbeiterów” jednak nie wypalił. Goście z krajów muzułmańskich pozostali w Europie i w ten sposób dziś w Niemczech żyje ok. 4 mln osób tureckiego pochodzenia (z czego ok. połowa ma tureckie obywatelstwo). To największa spośród mniejszości żyjących w RFN.

I chociaż gros z nich głosuje w tureckich wyborach na rządzącą, bardzo konserwatywną i religijną partię AKP prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, to gdy przychodzi do wyborów niemieckich, tamtejsi Turcy gremialnie stawiają na partie lewicowe i skrajnie lewicowe, jak SPD czy Zieloni.

Berlin musi liczyć każdy głos

I jako gest wdzięczności właśnie przede wszystkim wobec Turków należy odczytywać istną rewolucję, jaką w 2024 r. wprowadziła w niemieckim prawie rządząca wówczas lewica z Olafem Scholzem na czele. Otóż Berlin, tak niechętny wcześniej łączeniu niemieckiego obywatelstwa z innymi paszportami, w końcu zmienił w tej kwestii prawo, co znacząco poprawiło sytuację m.in. Turków, którzy nie muszą już zrzekać się tureckiego paszportu, ubiegając się o niemieckie obywatelstwo.

Na jakie inne względy może liczyć ta diaspora ze strony lewicowych polityków w Berlinie? Można tu wymienić cały wachlarz polityk „antydyskryminacyjnych”, które generalnie są wielkim ukłonem wobec całej społeczności muzułmańskiej zamieszkującej Niemcy, jak choćby zwalczanie pomysłów zakazywania burek i innych elementów tradycyjnych strojów muzułmańskich. O tych „ukłonach” przypominają co jakiś czas doniesienia medialne o wycofaniu wieprzowiny z kolejnej stołówki w Niemczech, co wywołuje szczególny opór po prawej stronie niemieckiej sceny politycznej.

Gdy rządzi niemiecka centroprawica, relacje z Turcją nie muszą być w Berlinie koniecznie rozpatrywane pod kątem reakcji wyborców o tureckich korzeniach. Inaczej jest jednak, gdy rządzi lewica, która doskonale zdaje sobie sprawę, że każde zaognienie relacji może mieć wpływ na stosunek wyborców związanych w mniejszym lub większym stopniu z turecką diasporą; nawet jeżeli ci wyborcy i tak nie zagłosują na niemiecką prawicę, to przecież zawsze mogą w ogóle nie pójść do urn.

Muzułmanie modlący się na ulicy w europejskim mieście podczas wspólnej modlitwy
Fot. Depositphotos

Wojna w Gazie zmieniła sytuację

Kwestią, która powoduje w tym kontekście ból głowy rządzących w Berlinie, jest stosunek do Izraela i Palestyny. Turecka mniejszość, tradycyjnie mocno propalestyńska, po krwawej masakrze przeprowadzonej przez Hamas 7 października 2023 r. i brutalnej odpowiedzi Izraela coraz głośniej wyraża swój krytyczny stosunek do polityki rządu Benjamina Netanjahu wobec Palestyńczyków.

Podobnie reaguje zresztą właściwie cała muzułmańska społeczność zamieszkująca Niemcy. Berlin musi brać to pod uwagę i w ostatnim czasie widzimy, jak rząd kanclerza Merza zaostrza nieco swoją postawę wobec Izraela, co dla wielu jest szokiem – w końcu RFN przez długie dekady właściwie bezwarunkowo popierała wszelkie działania państwa żydowskiego, widząc w tym swój „moralny obowiązek” w związku z drugą wojną światową i Holokaustem.

Mélenchon gra o głosy przedmieść

Podobny mechanizm polityczny widać po drugiej stronie Renu. Również we Francji przedstawiciele diaspory z państw muzułmańskich dużo chętniej głosują na partie lewicowe. Szczególną popularnością cieszy się wśród nich skrajna lewica spod znaku Jeana-Luca Mélenchona, która kokietuje na wszelkie możliwe sposoby osoby pochodzenia algierskiego, marokańskiego i tunezyjskiego, które stanowią już ok. 10 proc. populacji Francji.

Mélenchon w niektórych sondażach ociera się już o drugą turę wyborów prezydenckich (gdyby tak się stało, wszedłby do niej z Marine Le Pen, która ma już murowane miejsce w drugiej turze). I choć skrajna lewica kojarzona jest najczęściej ze wsparciem mniejszości seksualnych i różnymi „nowinkami” społecznymi, co jest nieakceptowalne dla tradycyjnych wyborców muzułmańskich, to akurat Mélenchon akcentuje w programie swojej partii bardziej punkty w rodzaju „przeciwstawianie się dyskryminacji religijnej” (Mélenchon podkreśla, że jego zdaniem muzułmanie są we Francji traktowani niesprawiedliwie) czy „multikulturalizm zamiast asymilacji”.

Również w przypadku francuskiej diaspory z Maghrebu kwestia izraelsko-palestyńska odgrywa kluczową rolę w polityce Paryża. Od 2023 r. francuskie władze coraz ostrzej krytykują Izrael za masakry dokonywane w Strefie Gazy, wiedząc, że ta krytyka dobrze rezonuje w tym konkretnym segmencie wyborców.

Polacy na Islandii przestali być tłem

Ciekawym przypadkiem na mapie Europy jest Islandia, gdzie największą mniejszością narodową są… Polacy. W tym liczącym ok. 380 tys. mieszkańców kraju Polaków żyje – według różnych źródeł – ok. 30 tys., czyli ok. 8 proc. (Polacy stanowią ponad 1/3 wszystkich mieszkających tam imigrantów). Tak istotna mniejszość siłą rzeczy sprawia, że tamtejsze władze muszą brać pod uwagę polskie spojrzenie.

Obecność Polonii na Islandii wpływa na politykę zagraniczną tego państwa. Kontakty z Polakami w kraju sprawiają, że Islandczycy coraz bardziej doceniają rolę Polski oraz całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej

– tłumaczyła na łamach magazynu Wszystko co Najważniejsze dr Molly Krasnodębska.

– W ostatnich latach doszło do intensyfikacji kontaktów politycznych na najwyższym szczeblu. Współpraca gospodarcza rozwija się w nowych dziedzinach, takich jak »zielona« energia”.

Uczestnicy marszu w Nowym Jorku niosą flagi Izraela i Stanów Zjednoczonych
Fot. Depositphotos

AIPAC wydaje miliony na wybory

Osobnym, szczególnym przypadkiem w kontekście diaspor dysponujących potężnymi wpływami jest społeczność żydowska w USA. Spośród ok. 7 mln Żydów zamieszkujących Amerykę jedynie ułamek (ok. 200 tys. osób) stanowią imigranci z Izraela. Jednak nie brak dowodów, że ogromna rzesza amerykańskich Żydów zdecydowanie popiera jak największe zaangażowanie Ameryki po stronie Izraela.

W amerykańskiej polityce legendarną wręcz pozycją cieszy się AIPAC (American Israel Public Affairs Committee), który w każdych wyborach wydaje fortunę na wspieranie kandydatów, którzy prezentują proizraelskie stanowisko i zwalczanie tych polityków, którzy krytykują Izrael.

Kiedy mniejszość zaczyna rozdawać karty?

Bazą finansową AIPAC są głównie amerykańscy Żydzi, choć również ewangelikalni chrześcijanie nie szczędzą na ten cel grosza. W czasie kampanii do Kongresu AIPAC na zwalczanie tylko dwóch kandydatów Partii Demokratycznej (Jamaala Bowmana i Cori Bush), którzy zasłynęli jako ostrzy krytycy państwa żydowskiego, wydał 45 milionów dolarów. Skutecznie – ta dwójka nie zasiada już w Kongresie.

Krytycy wpływu społeczności żydowskiej na politykę Waszyngtonu jako najbardziej spektakularny jego przykład podają obecną wojnę w Iranie. Kolejni amerykańscy prezydenci mówili twarde „nie” takim pomysłom, aż w końcu Donald Trump – co dokładnie opisał The New York Times uległ naciskom rządu izraelskiego, a także proizraelskiemu lobby w USA.

W jesiennych wyborach do Kongresu głównymi wrogami AIPAC będą wszyscy ci kongresmeni, którzy opowiadają się za zlikwidowaniem corocznej dotacji dla izraelskich sił zbrojnych w wysokości ponad 3 mld dolarów. Takich polityków nie brakuje już nie tylko w Partii Demokratycznej, ale także wśród republikanów. Ci zwalczani przez AIPAC politycy podkreślają, że tak ogromne pieniądze transferowane co roku z kieszeni amerykańskich podatników to symbol tego, jak niezdrowo wygląda wpływ proizraelskiego lobby w USA.

Przeczytaj również: Chcą zbudować własne państwo. Bez podatków i urzędników


Zapraszamy do: ksiegarnia.holistic.news

Życzymy udanych zakupów!
Redakcja

Dziękujemy, że przyczytałeś artykuł do końca. Jesli chcesz, możesz wesprzeć naszą pracę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Opublikowano przez

Piotr Włoczyk

Autor


Dziennikarz po amerykanistyce, piszący głównie o polityce zagranicznej i historii. Autor wielu reportaży o tematyce międzynarodowej oraz wywiadów z czołowymi ekspertami w dziedzinie gospodarki, geopolityki oraz historii. Od marca 2023 r. redaktor naczelny miesięcznika „Historia Do Rzeczy”.

Nasze filmy na YouTube:

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na naszą listę mailingową. Będziemy wysyłać Ci powiadomienia o nowych treściach w naszym serwisie i podcastach.
W każdej chwili możesz zrezygnować!

Nie udało się zapisać Twojej subskrypcji. Proszę spróbuj ponownie.
Twoja subskrypcja powiodła się.